Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

9 listopada 2024

Wspomnienia cesarsko-królewskiej guwernantki.

Anonimowa guwernantka panna M. (May/ May F./Maise) zaczęła pisać swój dziennik we wrześniu 1891 r. Pisanie nie należało do regularnych i codziennych. Kilka razy zapiski były przerywane, potem poprawiane, a do tekstu włączyła listy wysłane i otrzymane. W ten sposób powstał znakomite – z mojej perspektywy – źródło dotyczące nie tylko życia Wandy z Badenich 1v. Krasińskiej 2v. Zamoyskiej (1874-1950) oraz jej rodziców Marii ze Skrzyńskich (1850-1937) i Kazimierza Badenich (1846-1909), ale także życia członków rodziny Habsburgów.

Angielka, zapewne polecona Badeniemu, przybywa do Krakowa z Wiednia w październiku 1891 r. Po perypetiach na dworcu związanych z brakiem znajomości języka i zgubieniem bagażu, w końcu udaje jej się przesiąść do pociągu do Lwowa, gdzie nieoczekiwanie w przedziale poznaje hrabinę Badeni i swoją podopieczną Wandę. Z Lwowa po raz pierwszy podróżuje do Buska, gdzie czeka na rodzinę Kazimierz Badeni. Panna M. zostaje przyjęta ciepło i z honorami, a ku swojemu zaskoczeniu, od początku jest traktowana przez rodzinę bardziej jako gość niż służąca. Członków rodziny bardzo zresztą pokocha i będzie interesowała się losem poszczególnych jej członków przez resztę życia. Wanda nie zapomniała o guwernantce nawet, gdy ta opuściła już rodzinę i w 1895 r. miała już nową podopieczną – arcyksiężniczkę Elżbietę Marię Habsburg, córkę księżnej Stefanii i następcy tronu Rudolfa (zginął śmiercią samobójczą), wnuczki cesarza Franciszka Józefa.


Panna M. posiadała doskonały zmysł obserwacji i mimo pozycji swoich pracodawców, potrafiła krytycznie spojrzeć na ich zachowania. Opisywała pory roku, przyrodę, wygląd chłopów i Żydów. Potrafiła ocenić sytuacje polityczną i działalność Badeniego. Świadczyła o dobroci hrabiostwa wobec chłopów mieszkających na ich ziemiach. Dzięki niej mamy możliwość przenieść się w przeszłość i brać udział w karnawałowych balach, przyjęciach, rautach. To oczami guwernantki patrzymy na obchodzone święta: Wszystkich Świętych, Boże Narodzenie, Wielkanoc, Boże Ciało. To dzięki niej wiemy, że nawet hrabiom psuły się lub nadłamywały zęby, a pomocy szukali u dentystów w Wiedniu lub we Lwowie; że grali w tenisa; że hrabina w złości potrafiła rzucać ubraniami i mimo ostrzeżeń lekarzy codziennie odwiedzać chorą na cholerę. Wraz z Wandą i jej matką guwernantka wiele podróżowała i jako przyzwoitka pełna obaw pilnowała młodej, atrakcyjnej, energicznej i zainteresowanej młodzieńcami swojej podopiecznej. Po opuszczeniu Badenich panna M. trzy miesiące spędziła w odosobnieniu w klasztorze w Wiedniu, potem podróżowała po Węgrzech i zwiedzała Rzym. W końcu w 1895 r. została guwernantką arcyksiężniczki i rejestrowała życie codzienne habsburskiego dworu.


Wspomnienia po raz pierwszy zostały opublikowane w 1915 r. (w internecie jest dostępne wydanie z datą 1916/Nowy Jork) i na tej podstawie opiera się pierwsza polska edycja wydana z przypisami oraz archiwalnymi zdjęciami. Ostatnie poprawki Angielka nanosiła na zapiski jeszcze w 1914 r. lub nawet 1915 r. Jedną z jej podopiecznych była Ursula Chaloner, córka barona Richarda Chalonera, i to jej zadedykowała swoje wspomnienia. Nie jest potwierdzone, kiedy zmarła panna M.

Dla mnie, jako osoby zawodowo zajmującej się badaniem losów członków rodu Krasińskich, jest to jedna z ciekawszych książek. Cieszę się więc, że wspomnienia doczekały się polskiego tłumaczenia i wydania. Potwierdza bowiem moje wyobrażenie o charakterach i osobowościach Wandy i Adama, ich prawdziwą miłość oraz zamiłowanie m.in. do podróży. Panna M. uważała, że Krasiński był bardzo dobrą partią, przewyższał Wandę, ale o miłości nie mogło być przecież mowy, bowiem widział ją zaledwie trzy razy, gdy zdecydował, że zostanie jego żoną. Wanda jej zdaniem oszalała i nie wiedziała zupełnie, co oznacza małżeństwo. Po latach jednak M. przyznawała w zapiskach, że Krasińscy są nadal szczęśliwi w małżeństwie, a Wanda żyje w przepychu. Niestety nie ma zapisków guwernantki dotyczących śmierci Adama w 1909 r. oraz kolejnego ślubu w 1912 r. Wandy z Zygmuntem hr. Zamoyskim właścicielem Wysocka. Mogę jedynie tu krótko dodać, że Wanda owdowiała powtórnie w 1931 r. Zmarła bezpotomnie 3 grudnia 1950 r. i została pochowana w Laszkach k/Wysocka w rodowej krypcie Zamoyskich. Adam spoczywa w krypcie Krasińskich w Opinogórze.

 


Wspomnienia cesarsko-królewskiej guwernantki, wydanie 2014, tytuł oryg.: Recollections of a Royal Governess, przekład: Anna Topolska, Joanna Ziętkiewicz-Kotz, wprowadzenie Waldemar Łazuga, okładka twarda, stron 304.

31 października 2024

"... a każdy zapalał świece na grobach swoich bliskich". / Cymelia (8)

Rok 1891

można powiększyć



Wspomnienia cesarsko-królewskiej guwernantki, wydawnictwo Zysk i S-ka, wydanie 2024, przekład: Anna Topolska, Joanna Ziętkiewicz-Kotz, wprowadzenie: Waldemar Łazuga, oprawa twarda, stron 304.


* O książce napiszę wkrótce. 

3 maja 2024

"Zapomnieliśmy o odwiecznej prawdzie ... " / Cymelia (5)

 


Wyjeżdżałam z Warszawy i powracałam do niej kilkakrotnie, w zależności od sesji sejmowych. Zjechałam tam po raz ostatni w okresie, kiedy ogłoszona być miała nowa konstytucja. Wszyscy posłowie otrzymali wówczas polecenie powrotu, tak by sejm mógł zebrać się w pełnym składzie. Wielu z nich, a w tej liczbie i my, nie zdążyło na czas, gdyż dniem oznaczonym był 5 maja. Ponieważ jednak król, którego wtajemniczono, wygadał się nieopatrznie, przyspieszono ogłoszenie o dwa dni. Dowiedzieliśmy się o tym w drodze. Posłów zagranicznych trzymano w nieświadomości, aby ubiec ich protesty. Trzeba było raczej zebrać siły, by móc nie zważać na nich, a potem dopiero brać się do reform. Nie mogłam wiec być obecna przy składaniu przysięgi przez obie izby i przez króla, który zawołał „Juravi Deo… Przysięgałem Bogu i słowa nie cofnę …”. Sejm udał się do kościoła św. Jana; po ślubowaniu odśpiewano „Te Deum”[1]. Obecni tam posłowie byli z siebie dumni. Miasto szalało z radości i entuzjazmu. Nie byłam tego świadkiem, ale przybyłam na czas, by móc ocenić następstwa tego stanowczego kroku, podjętego po trzech latach rozważań.

To, czego najmniej zabrakło, to uroczystości religijnych i innych. Sejm zebrał się ponownie w kościele św. Krzyża, skąd wyruszył pochodem, z królem na czele, aby dla upamiętnienia tego wielkiego dnia poświęcić opatrzności boskiej nowej świątynię za rogatkami Warszawy.[2] Król położył kamień węgielny. Gwałtowny huragan, który zerwał się niespodziewanie, zmącił uroczystość, a osoby przesądne widziały w tym niepomyślną wróżbę.

Obserwowałam tłum, który często ma wzrok bystrzejszy od tych, którzy się płynnie wysławiają - wydawał się zadowolony.

Zapomnieliśmy o odwiecznej prawdzie, że ręka boska wspiera przede wszystkim tych, którzy walczyć umieją. Taki jest nakaz rozumu, któremu i wiara nie przeczy. Prusy zmówiły się z Rosją o dalszy rozbiór Polski. Miasta Gdańsk i Toruń, których się od nas bezskutecznie domagały, miały być nim objęte. Austrii nie dopuszczono do tego ponownego rabunku, bo wojny, które prowadziła z Francją i Turcją, zrujnowały jej finanse; nie była więc niebezpieczna i mogła bez ryzyka być pominięta. Cesarzowa Katarzyna zawarła pokój z sąsiadem i drobna nawet część jej siły zbrojnej zgnieść nas mogła. Przygotowała zemstę bez pośpiechu i przez rok jeszcze i część roku następnego pozwoliła nam oddawać się gadulstwu. Ludzie najtrzeźwiejsi przewidywali ohydę grożącego rozwiązania, nie śmieli jednak mówić o tym głośno, bo im bliższe stawało się niebezpieczeństwo, tym głośniej piorunowali na sali sejmowej; chwila, kiedy działać było trzeba, minęła bezpowrotnie - popełnialiśmy wciąż błędy niewybaczalne. 


Wirydianna Fiszerowa, Dzieje moje własne i osób postronnych. Wiązanka spraw poważnych, ciekawych i błahych, Świat Książki 1998, z francuskiego przełożył Edward Raczyński, okładka twarda, tekst cyt.: 173-174. 




[1] Te Deum Laudamus (łac.) – Ciebie, Boga, chwalimy. W kościele katolickim hymn dziękczynny śpiewany podczas uroczystych nabożeństw.

[2] Świątynia Opatrzności Boskiej miał być votum za uchwalenie Konstytucji 3 maja. Miała stanąć w północno-zachodniej części Łazienek. Kamień węgielny wmurowano w maju 1792 roku, prace budowlane przerwała wojna polsko-rosyjska. Budowla była miejscem manifestacji patriotycznych podczas zaborów.



O książce pisałam na blogu w 2013 r. 

20 kwietnia 2024

"Jakoż wielka ekspens była" / Cymelia (4)

 


    W przeciągu lata różne festynie bywały, to w Ogrodzie Saskim, to na Bielanach, z wielkim ekspensem skarbu królewskiego; książę podkomorzy koronny nie oszczędzał onego podobnymiż zabawami; Moszyński[1] stolnik koronny, i ten wielkim sumptem w Miłocinie dał królowi festyń, który tak mocno ukontentował monarchę, że całą ekspens festynia tego, na kilka tysięcy czerwonych złotych wynoszącą, z skarbu swego zastąpić kazał. Opery, komedie wielkim sumptem sprowadzone były; słowem mówiąc, iż przy festynie, zabawy i rozrzut pieniędzy sądzić należało, że król i bracia jego w obfitych opływają bogactwach. Jakoż wielka ekspens była, nie tylko na wzwyż wyrażone zabawy, ale na nieumiarkowane pensje różnym osobom wyznaczone, nie przez szacunek zasług, lecz przez upodobanie osób i zalecenia w intrygę wchodzących. Czyliż bowiem z innych źródeł pochodziło naznaczenie rocznej pensji 3000 dukatów księżnie Sapieżynie wojewodzinie połockiej[2]? Jakoż i księżnie Sapieżynie wojewodzicowej mścisławskiej[3]? Były i inne, nad zamiar ukryte ekspensa, które żadnego królowi nie czyniły honoru; owszem tam, gdzie ostentację przyzwoitą wspaniałości króla okazać należało, tam zawsze zbywało. Albowiem apartamenta królewskie zupełnie zarzucone, damy na pokojach królewskich w święta tylko wielkie z rana godzinę do powinszowania królowi wyznaczoną miały. Obiady królewskie skasowano, a tylko król w swej garderobie jadał, do którego stołu bez względu osoby i dystynkcji przypuszczano, tak dobrze, iż z najpierwszym posłem, senatorem, ministrem obok malarz, doktor, a czasem awanturzysta zasiadał.

 

Stanisław Lubomirski, Pod władzą księcia Repnina. Ułamki pamiętników i dzienników historycznych (1764-1768), opracował i wstępem poprzedził Jerzy Łojek, Instytut Wydawniczy PAX 1971, tekst cyt.: s. 96-97.




[1] August Fryderyk Moszyński h. Nałęcz (1731-1786)

[2] Magdalena Agnieszka z Lubomirskich ks. Sapieżyna (1739-1780) – wojewodzina połocka, żona Aleksandra Michała Sapiehy.

[3] Elżbieta z Branickich Sapieżyna (1734 –1800) – W 1753 r. poślubiła Jana Józefa Sapiehę z linii różańskiej, z którym rozwiodła się w 1755 r. Drugim mężem był Jan Sapieha z linii kodeńskiej, który umarł w 1757r. Po drugim mężu przysługiwał jej tytuł wojewodzicowej mścisławskiej.

*ekspensa - wydatki (lp. ekspens- wydatek)

[przypisy moje]

11 kwietnia 2024

"Czymże są jednak losy budowli w porównaniu z losami państw!"/Cymelia (3).

 


Król zawiadomił mnie o swoim życzeniu zapolowania na żubry, które w całej Europie znajdowały się już tylko w lasach ekonomii królewskich.[1] Fantazja ta kosztowała mnie ponad trzydzieści tysięcy dukatów. Trzeba było bowiem przebić odpowiednią drogę i położyć trakt przez bagna ponad czteromilowej długości, wyciąć w dziewiczym terenie odpowiedni plac, wnieść coś w rodzaju małego miasteczka z dworem dla króla, jego świty, dyplomatów i wszystkich, którzy tu zjechali. Polowanie trwało około dziesięciu dni i wszyscy byli zeń bardzo kontenci. Mimo ostrożności omal nie zdarzył się jednak wypadek. Dla ułatwienia królowi strzałów zbudowano drewniane umocnienie z pojedynczymi izbami, a dla świty oczyszczono plac i wzniesiono wielki pawilon, w którym na wielkim stole leżały strzelby. Spodziewano się, że będzie się tu raczej biesiadować, a nie polować, gdyż nie pojawi się prawdopodobnie żadne dzikie zwierzę. Jednakże zabłąkał się w te okolice żubr, wyraźnie  spłoszony hałasem. Wszyscy rzucili się po strzelby i zaczęli strzelać na oślep. Szczęściem panie, nuncjusz papieski i posłowie zagraniczni uszli wszyscy równie cało jak i żubr.

Z puszczy pojechaliśmy do Grodna, a ekwipaże królewskie przebyły cztery stacje pocztowe w zaprzęgu z moich stajni, co w innych czasach wydawałoby się niezwykłe.

Sejm grodzieński[2] był zapewne ostatnim w Europie pokazem prawdziwego świata narodowego, bez fałszywej pompy i mydlenia oczu. Posiadłość moja, gdzie pałac w większej części wzniesiono już za moich czasów, zajmowała z przyległościami teren  nie mniejszy niż miasto Wiedeń. Poza moją służbą, administracją i warsztatami pomieściłem tutaj osiemnastu posłów z ich ludźmi. Aby dać pojęcie o kształcie i rozmiarach mojej siedziby warto dodać, że na jednym poziomie i w jednym bloku mieściła ona teatr i dwie wielkie sale redutowe, z których przechodziło się do biblioteki, gdzie zaczynała się część mieszkalna. Książki umieszczone były w zamkniętych szafach, biblioteka przypominała więc piękny salon. Poza bilardem stało tam dziesięć stołów do gry w faraona i loteria fantowa, którą pozwolono utrzymywać pewnej kobiecie. Obok mieściły się pokoje dla towarzystwa, dalej wielka sala balowa. Z tych pomieszczeń przechodziło się do innych, różnych rozmiarów, gdzie mogło siąść do stołu siedemset osób. Wszystko było tak urządzone, że bez jednego stopnia można było przejść od teatru aż do salonów. Tańczono tutaj, biesiadowano, znowu tańczono i tak dalej. Około pierwszej po północy otwierano podwoje, przechodziło się do sal redutowych, a dom prawie pustoszał. Z opisanego planu widać, że trzy budynki – mieszczące teatr, sale redutowe i bibliotekę – były połączone i tworzyły trzy rejony. Czwartym był ogród zimowy, podzielony na trzy obszary klimatyczne, gdzie zawsze kwitły kwiaty. Pośrodku, w części bardziej wzniesionej, mieściły się rośliny wymagające największego ciepła. Osobna część przeznaczona była dla wczesnych owoców. Budowla ta łączyła się z inną dużych rozmiarów, gdzie umieszczono wydział geometrii i inne wydziały administracyjne. Trudno sobie wyobrazić rozmiary tych budynków. W 1830 roku, gdy to piszę, zapewne są już one częściowo lub w całości zrujnowane. Czymże są jednak losy budowli w porównaniu z losami państw!

 

Stanisław Poniatowski, Pamiętniki synowca Stanisława Augusta, przełożył oraz wstępem i przypisami opatrzył Jerzy Łojek, Instytut Wydawniczy PAX, 1979, s. 68-70.



[1] W Puszczy Białowieskiej.

[2] Od 4 października 1784 r. do 13 listopada 1784 r., pod laską Ksawerego Chomińskiego.


Książę Stanisław Poniatowski (1754-1833) - brat stryjeczny króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, syn Kazimierza i Apolonii Ustrzyckiej. W 1791 r. opuścił Rzecząpospolitą, na krótko wrócił w 1795 r., wyprzedał polski majątek. Zalegalizował związek z Kasandrą Luci (25 sierpnia 1830 r.) oraz uznał wcześniej narodzone z tego związku dzieci. Ród Poniatowskich we Włoszech istnieje do dziś. 

16 marca 2024

Naoki Higashida, Dlaczego podskakuję.

 


Książka napisana przez autystycznego trzynastolatka - Naoki Higashida (ur. 1992), u którego wieku pięciu lat zdiagnozowano autyzm. Jest on na tyle głęboki, że nawet po latach autor nie mówi. Dzięki mamie oraz zajęciom w szkole specjalnej, zaczął komunikować się za pomocą ręcznie robionej siatki alfabetu. Zaczął pisać również na komputerze, a potem tworzyć wiersze i opowiadania. Książka "Dlaczego skaczę" została opublikowana w Japonii po raz pierwszy w 2007 r., a angielskie tłumaczenie ukazało się w 2017 r. Obecnie została opublikowana w ponad trzydziestu językach.

To książka pisana z perspektywy dziecka autysty, który odpowiada na najbardziej nurtujące pytania ze swojej perspektywy. Opowiada o tym, dlaczego brakuje mu słów, wtedy kiedy trzeba rozmawiać; dlaczego nie patrzy rozmówcy w oczy; dlaczego nie zauważa tego, jak ktoś mówi do niego z daleka; dlaczego ma zupełnie inną mimikę; dlaczego ma inne pojęcie o tym, co jest śmieszne; o tym, co jest najgorsze w autyzmie. Wyjaśnia zachowania autystów, które bardzo często są niezrozumiałe dla innych ludzi. Rozdziały książki są wypełnione różnymi historiami. Po pytaniach Naoki dodał jeszcze między innymi opowiadanie, w którym stara się wyjaśnić, jak wygląda jego codzienne życie. Dla Naokiego autyzm oznacza doświadczanie wszystkiego – widoków, dźwięków, zapachów, wspomnień – bez filtrów i kontroli. Pisze, że autyści urodzili się poza reżimem cywilizacji.

To lektura, która mimo ważnego tematu, nie jest pozbawiona humoru. Książka obala też mit, że autyści to aspołeczni samotnicy, którzy są pozbawieni empatii. To dowód na to, że wewnątrz pozornie bezradnego autystycznego ciała kryje się umysł równie ciekawy i złożony z subtelnego piasku, jak mój, twój, jak każdy inny. Wnikliwa lektura i pomocna w zrozumieniu, jak może to wyglądać w przypadku osób z autyzmem.

 

Naoki Higashida, Dlaczego podskakuję, wydawnictwo Zysk i S-ka, wydanie 2024, tytuł oryg.: The Reason I Jump, przełożyła Dominika Cieśla-Szymańska na podstawie angielskiego tłumaczenia KA Yoshidy i Davida Mitchella, okładka twarda, stron 192. 

21 stycznia 2024

Jadwiga Zamoyska, Wspomnienia.

 


Cóż za wspaniałe wydanie w pięknej oprawie graficznej nawiązującej do drzew. Szybko tej książki nie porzucę. To arcyciekawe tomiszcze, a po drugie oprócz tekstu głównego rozbudowane są przypisy, które nie sposób ominąć. To Wspomnienia Jadwigi z Działyńskich Zamoyskiej (1831-1923), córki Gryzeldy Celestyny i Adama Tytusa Działyńskich, postaci mającej niezwykle bogaty życiorys. Generałowa zaczęła spisywać swoje wspomnienia na życzenie córki Marii (1860-1937) i rozpoczął je w 1893 r w wieku sześćdziesięciu dwóch lat. Pisała przez kolejne dwa lata, a zapiski obejmują okres od jej narodzin do 1864 r. wydarzenia z lat późniejszych znane są dzieci Wspomnieniom jej córki Marii Zamoyskiej. Powstało siedem zeszytów, które po raz pierwszy opublikowano w Londynie w 1961 r. w opracowaniu Marii Czapskiej (1894-1981). 





 

Odsyłam do świetnych zapisków, które przeniosą Was do przeszłości. Nie chodzi tylko o życie codzienne, towarzyskie, powiązania genealogiczne czy opisy miejsc. Jadwiga pisze otwarcie o swoich wewnętrznych troskach, obawach, niechęci do małżeństwa. Obserwować można jak kształtuje się jej szlachetna dusza, jak dojrzewa, jak rozeznaje swoją drogę w małżeństwie, a potem jako wdowa i jak zaczyna analizować różne tematy. 

Jeżeli chodzi o suche fakty, to Jadwiga przyszła na świat, gdy dogorywało powstanie listopadowe, więc jej dzieciństwo upłynęło na latach emigracyjnej tułaczki rodziców po majątkach. Do Kórnika powróciła z matką około 1848 r. Wychowana była w skromnych i surowych warunkach. Otrzymała świetne wykształcenie domowe. Wyszła za mąż za swojego wuja, brata rodzonego swojej matki, Władysława Zamoyskiego (1803-1868) i wraz z nim zamieszkała w Paryżu. Oczywiście wcześniej była dyspensja papieska, aczkolwiek do końca i tak nie mogę sobie wyobrazić układania takich małżeństw. 

Jadwiga urodziła czwórkę dzieci: Władysława Jana (1853-1924), późniejszego fundatora Zakładów Kórnickich, Witolda (1855–1874),  przedwcześnie zmarłą Marię (1857–1858) i Marię (1860–1937). Kształtowała ich charaktery w duchu służbie Bogu i Ojczyźnie. Niejednokrotnie towarzyszyła mężowi w jego wyjazdach. Po jego śmierci w 1868 r. postanowiła utworzyć „Szkołę życia chrześcijańskiego”. Dokonała tego po odziedziczeniu majątku kórnickiego po bracie, Janie Działyńskim, przez swojego syna Władysława. W 1882 r. założyła w Kórniku Szkołę Domowej Pracy Kobiet (Zakład Kórnicki), która na skutek rugów pruskich w 1886 r. została przeniesiona kolejno do:  Lubowli na Spiszu, Kalwarii Zebrzydowskiej, Zakopanego (wynajęta Adasiówka Krasińskich), a ostatecznie, w 1889 r., po nabyciu dóbr zakopiańskich przez Władysława Zamoyskiego, do Kuźnic. Szkoła istniała ok. 70 lat i działała pod hasłem: „Służyć Bogu – służąc Ojczyźnie, służyć Ojczyźnie – służąc Bogu”. Zamoyska pozostawiła też po sobie pisma o tematyce religijno-wychowawczej. Po latach, w 1920 r. wróciła do Kórnika, gdzie zmarła 4 listopada 1923 r. Pochowana została w kórnickiej kolegiacie w krypcie pod dawną zakrystią.



 

Warto też wiedzieć, że 27 listopada 2012 r. Kuria Metropolitalna w Poznaniu oficjalnie wszczęła proces beatyfikacyjny Jadwigi Zamoyskiej. Od tego momentu przysługuje jej miano Służebnicy Bożej. Rok 2023 był oficjalnie Rokiem Jadwigi Zamoyskiej, a rok 2024 został już ogłoszony przez Senat, Rokiem jej syna, Władysława Zamoyskiego.

 

 

Jadwiga Zamoyska, Wspomnienia, wydanie drugie zmienione i poprawione w opracowaniu i ze wstępem Edyty Bątkiewicz-Szymanowskiej i Magdaleny Biniaś – Szkopek, Fundacja Zakłady kórnickie, Grupa Wydawnicza FNCE, Kórnik 2023, oprawa twarda, stron 442.

12 listopada 2023

Halina Donimirska-Szyrmerowa, Był taki świat… Mój wiek XX.

 


To czwarte już wydanie wspomnień Pani Haliny Szyrmerowej z domu Donimirskiej (1918-2008), które tym razem ukazało się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka w pięknej oprawie graficznej. W porównaniu z poprzednimi wydaniami opracowano na nowo lub wniesiono poprawki w niektórych tablicach genealogicznych. Książkę uzupełniono o posłowie i na nowo opracowany wybór literatury, indeks rzeczowy i indeks osobowy. W książce dodano też wkładki z archiwalnymi fotografiami.


Wspomnienia Haliny z Donimirskich – Szyrmerowej spisane w latach 1992-2000, to pasjonująca historia o Ziemi Malborskiej, rodzinie, przyjaciołach i znajomych. Autorka starała się przybliżyć własne refleksje związane z codziennością minionych lat. Opierała się na własnej pamięci, więc zwraca uwagę czytelnika i przeprasza za niedokładność. Układ wspomnień jest chronologiczny. Autorka opisuje pochodzenie swojej rodziny, swoje dzieciństwo, młodość, czasy wojny i jak wyglądało jej życie po niej.


Wywodziła się z pomorskiego ziemiaństwa pochodzącego z dawnej szlachty kaszubskiej. Była córką Wandy z Sikorskich (1890–1974) i Witolda Donimirskiego (1874–1939), którzy pobrali się w 1910 r. Matka autorki otrzymała staranne wykształcenie: ukończyła lwowską pensję, a potem pobierała nauki w Paryżu. Ojciec autorki z kolei studiował w Halle. W 1900 r. objął po prababce Czernin, gdzie po ślubie zamieszkał z żoną. Autorka opisuje działalność społeczną rodziców i jak wyglądało życie we dworze w dni powszednie i świąteczne. Nie zapomina o nakreśleniu losów swojego rodzeństwa. Rodzice mieli bowiem ośmioro dzieci, ale nie wszystkie dożyły dorosłości. Wspomina dziecięce zabawy, wyjazdy do Sztumu, pobliskie majątki, sąsiadów zasłużonych dla sprawy polskiej. Opisuje żywe kontakty rodziców z ich rodzinami oraz zakup nowego majątku Marusza pod Grudziądzem przez rodziców po przegranym plebiscycie. Opisuje rolę matki w roli pierwszej nauczycielki, naukę języków, czytane książki i gazety, wspomina zatrudnionych nauczycieli, decyzję rodziców o wysłaniu jej do gimnazjum Sióstr Nazaretanek w Rabce po powiększeniu się gruczołów limfatycznych na szyi i naświetlaniach, naukę w Berlinie i na SGH w Warszawie.

Autorka wspomina represje niemieckie, działalność bojówek hitlerowskich, polskich organizacji młodzieżowych, organizacji podziemnych, wybuch wojny, tajną naukę, podjęcie pracy, wstąpienie w szeregi AK, czas powstania warszawskiego. Po 1945 r. zamieszkała w Olsztynie, wyszła za mąż za kpt. Józefa Szyrmera (1907-1985), a na świecie pojawiły się dzieci. Pan Jacek Schirmer kreśli losy wnuków i prawnuków w dodanym Posłowiu.


To zapis wydarzeń z przeszłości dotyczący historii rodziny, przyjaciół i znajomych, ale także historii lokalnej i miejsc, w których autorce dane było mieszkać czasowo lub stale. Wspomnienia wzmacniają poczcie tożsamości, ale są też wyrazem spełnienia. Pokazują rolę środowiska domowego w przekazywaniu polskich wartości, wiary, miłości do Ojczyzny. To przecież z domu rodzinnego autorka wyniosła silne relacje i poczucie więzi, które dało podwaliny mocnego fundamentu w jej życiu. 

Lektura warta uwagi.

 



 

Halina Donimirska-Szyrmerowa, Był taki świat… Mój wiek XX, wydawnictwo Zysk i S-ka, wydanie 2023, okładka twarda, stron 448.

8 października 2023

Alan Rickman, Prawdziwie do szaleństwa. Dzienniki.

 


Alan Sidney Patrick Rickman (1946-2015) był angielskim aktorem filmowym, telewizyjnym i teatralnym, zdobywcą nagrody Emmy, Złotego Globu, nagrody BAFTA i Screen Actors Guild Award. Amerykańskiej publiczności filmowej. Najbardziej był znany z ról Severusa Snape’a w filmach o Harrym Potterze i Hansa Grubera w „Szklanej pułapce”. Dla mnie niezapomniana jego rola była w „Rozważnej i romantycznej” oraz jako szeryfa z Nottingham. Przedmowę napisała Emma Thompson.

Mówiąc szczerze trochę jestem rozczarowana książką. Mając na myśli ‘dzienniki’ spodziewałabym się raczej dłuższych wypowiedzi. Alan Rickman prowadził zapiski w sposób informacyjny i właściwie suchy. Spotkanie, obiad, podróż, kolacja, plan, film, plan i w tym wszystkim odnaleźć dopiero można jakieś drobne uwagi i uwiecznione dialogi. Książka ma więc swój specyficzny rytm i tempo, do którego czytający powinien po pewnym czasie się przyzwyczaić.  Brakuje tu swoistej spójności, a słowa to raczej przypadkowe myśli i wrażenia, zanotowane w celu zilustrowania pojedynczych chwil z życia jednego człowieka. To raczej migawki z życia człowieka inteligentnego, pełnego pasji, zaangażowanego w to, co robił, mającego swoje zdanie, oryginalne poczucie humoru, bystry umysł i specyficzne spojrzenie na świat. Oszczędność w słowach i surowość zapisków, powoduje zakodowanie podanych informacji dla czytającego. Nie jestem więc do końca pewna czy aktor życzył sobie publikacji dzienników po swojej śmierci. Jak wiadomo Alan Rickman skrywał się jedynie za ponurą i stoicką fasadą.  Miał bowiem głębokie i wrażliwe wnętrze.

Po dziennikach (1993-2015) znajduje się dodatek zawierający „wybór fragmentów” z okazjonalnych wcześniejszych dzienników Rickmana (1974-1982). Pisał aż do swojej śmierci w 2016 r. Zmarł na raka trzustki w wieku 69 lat. Właściwie nie napisał prawie nic o chorobie. Wpisy po prostu stawały się krótsze i jeszcze bardziej zwięzłe. 

W przypisach starano się tłumaczyć pewne kwestie i kto jest/był kim. Dzienniki Alana Rickmana poruszają, dają do myślenia i całkowicie absorbują, ale nie zadowolą każdego. 

 

Alan Rickman, Prawdziwie do szaleństwa. Dzienniki, Wydawnictwo Poznańskie, wydanie 2023, tytuł oryg.: Madly, Deeply: The Diaries of Alan Rickman, tłumaczenie: Maria Jaszczurowska, stron 480.

29 czerwca 2023

Danielle Walker, Jedzenie mnie uzdrowiło.

 


Danielle Walker to autorka wielu książek kucharskich, które cieszą się wielkim powodzeniem. Prowadzi również bloga i Instagram. Napisała też wspomnienia, w których opowiedziała swoją historię związaną z chorobą i wprowadzeniem zmian żywieniowych.

W książce tej mowa jest o chorobach autoimmunologicznych. Wśród nich wymienić można: Hashimoto, cukrzycę typu 1., stwardnienie rozsiane (SM), toczeń, chorobę Leśniowskiego-Crohna, wrzodziejące zapalenie jelit, łuszczycę. Choroby łączy przewlekły stan zapalny wywołany przez wadliwie działające komórki układu odpornościowego. Dlatego nazywane są chorobami autoagresywnymi. Przyczyn ich powstawania może być wiele. Schorzenia mogą być dziedziczone, ale często aktywują je dopiero przebyte zakażenia wirusowe czy bakteryjne, silny stres, palenie papierosów, oparta na wysoko przetworzonych produktach dieta lub niedobory witamin (np. D). Choroby autoimmunologiczne są trudne do zdiagnozowania i trudne do leczenia. Potrzeba czasu, aby uzyskać jednoznaczną diagnozę. Wówczas też istnieje problem ze znalezieniem odpowiedniej drogi leczenia. Danielle Walker doskonale to wyjaśnia w swoich wspomnieniach. 


U autorki zdiagnozowano w wieku dwudziestu dwóch lat ekstremalną postać wrzodziejącego zapalenia jelita grubego -  fachowo UC - colitis ulcerosa), co w jej przypadku prowadziło jeszcze do zaburzeń wchłaniania, niedożywienia i anemii. W ciągu pierwszych lat od diagnozy była wielokrotnie w szpitalu, przeszła transfuzje krwi, dożylne podawanie żelaza, gwałtownie traciła wagę, co z kolei prowadziło do artretyzmu, utraty energii, gwałtownego bicia serca i innych problemów. Autorka zrobiła rozeznanie i dowiedziała się o specjalnych dietach, które pomogły niektórym ludziom złagodzić objawy chorób. Między innymi usunęła ze swojej diety pieczywo, mleko, masło, cukier, białe ziemniaki i inne warzywa korzeniowe (ale np. marchewkę mogła jeść), aby zobaczyć, jak zareaguje jej organizm. Postanowiła też napisać własne przepisy. Autorka opowiada o tym, jak jej choroba wpłynęła na jej rodzicielstwo, pracę, związki ze znajomymi i małżeństwo. Wskazuje, że lekarstwa są drogie, mają działania uboczne, a leczenie i pobyty w szpitalach bywają przytłaczające dla osoby chorej i bliskich. Autorka otwarcie pisze o radościach i smutkach życia, które stają się bardzo poruszające dla czytającego. Mowa jest o miłości i głębokiej wierze w Boga.

Podobała mi się lektura książka którą warto polecać osobom zmagającym się z przewlekłymi chorobami. Polecam także każdemu, kto chce prowadzić zdrowszy tryb życia lub po prostu jest ciekawy, w jaki sposób dobór żywności może wpłynąć na życie. Niektóre partie książki przekazane są w formie dialogów, co wpływa na odbiór lektury. Książka okazała się interesująca i wciągająca. Dzięki bowiem książce zaczęłam zastanawiać się, w jaki sposób jedzenie, odżywianie może wpływać na chroniczne problemy zdrowotne. Na końcu pozycji dodane są autorskie wskazówki żywieniowe i na co zwracać uwagę.

 

Danielle Walker, Jedzenie mnie uzdrowiło, wydawnictwo AA, wydanie 2023, tytuł oryg.: Food Saved Me: My Journey of Finding Health and Hope through the Power of Food, tłumaczenie Małgorzata Bartnowska, okładka miękka, stron 320.


https://daniellewalker.com/


18 czerwca 2022

Melchior Wańkowicz, Na tropach Smętka.

 


       Na tropach Smętka to książka określana jako powieść reportażowa. Wydana została przez w 1936 roku, na postawie zebranych notatek i wrażeń z podróży odbytej po Prusach Wschodnich w 1935 roku przez Melchiora Wańkowicza. Pierwotnie ukazywała się jeszcze we fragmentach w 1935 r. w warszawskim "Kurierze Porannym". Wydanie, jakie ukazało się obecnie, nakładem Domu Wydawniczego Księży Młyn, jest pierwszym nieocenzurowanym  powojennym, które zostało opatrzone słowem Pani Aleksandry Ziółkowskiej – Bohem (Smętek na tropach Wańkowicza), dwoma przedmowami z wydań 1936 r. i do 1958 r. oraz wzbogacone o opracowanie Pana Grzegorza Nowaka. Dodane zostały również między innymi indeksy, przypisy, skorowidz. Wydanie jest więc bardzo starannie przygotowane.



       Już w pierwszym zdaniu swej opowieści Melchior Wańkowicz pisze, że wszystko zaczęło się od kajaka. Co wiosnę w domu rozkładano mapy i obmyślano wyprawę. Krysia miała już inne plany, ale córka Tili (Tirliporek, Sanco Pansa) uradowana była pomysłem ojca. Ustalono, że po otrzymaniu świadectwa, ruszają do Prus Wschodnich. Tym razem wyprawa miała odbyć się bez namiotu i z minimalistycznym podręcznym bagażem. 

Tak rozpoczyna się opowieść o Mazurach. Autor przytacza w skrócie przynależność tych terenów do Polski, która zmieniała się na przestrzeni wieków. Czytelnik  ma podawane daty historyczne i dane statystyczne. Wańkowicz postanawia rozpocząć spływ od wsi Pupy. Tytułowy Smętek opiekował się niemieckimi sprawami od prawieków i wymienia go również Żeromski. 


    Autor plastycznie opisuje ówczesny krajobraz i przyrodę wschodniopruską: zarówno rośliny, jak i zwierzęta. Zwraca uwagę na położenie geograficzne, jeziora, rzeki, mieszkańców, kulturę, język, gwarę i religię. Mowa jest o typowej mazurskiej zabudowie: chat, gospód, cerkwi, klasztorów i kościołów, mijanych wsiach (np. Piecki Krutyńskie, Wojnowo, Iznota, Bełdany, Pisz). Wańkowicz zwraca uwagę na pracę i zwyczaje poznanych ludzi. Mamy też przedstawiony schematyzm organizacji niemieckich działających za granicami Rzeszy, kalkulację Niemiec dotyczącą tych terenów pod względem politycznym i gospodarczym, rolę plebiscytu i interpretację jego konsekwencji. Autor analizuje kwestię kolonizacyjną tych terenów. Mowa jest o ludności, która poprzez swoją propolską działalność uległa prześladowaniom (procesy pokazowe, presja gospodarcza, przekupstwo, terror fizyczny, zamieszki). W tym wszystkim odnaleźć można mnóstwo anegdot i opowieści miejscowych ludzi.


       W posłowiu Grzegorz Nowak zwraca uwagę, że Niemcy upatrywali w reportażu Wańkowicza o Prusach Wschodnich duże zagrożenie. Tłumaczono go na język niemiecki, ale jednocześnie tekst oznaczano terminem "poufne". Wańkowicz zwracał bowiem uwagę na ucieczki rodzimych mieszkańców do Rzeszy i tworzenie się na tych terenach luki etnicznej i kulturowej. Podaje przy tym statystyczne dane. Nowak zwraca też uwagę na postać mitycznego Smętka oraz ingerencję cenzorów w poszczególnych wydaniach książki. 

        Książka to jak widać tomiszcze, ale wspomnienia Wańkowicza czyta się szybko i z przyjemnością (pomijając - w moim przypadku - dane statystyczne oczywiście).



Melchior Wańkowicz, Na tropach Smętka, Dom Wydawniczy Księży Młyn, wydanie 2022, okładka twarda, stron 560. 

 

3 kwietnia 2022

Joanna Jurgała-Jureczka, Na gorącym uczynku. Duchy artystów.

       Na gorącym uczynku to zbiór felietonów powstałych na przestrzeni lat dla prasy z dodatkiem nowych tekstów. Podczas pracy nad poprzednimi książkami Joanna Jurgała-Jureczka, dotarła do ciekawych informacji dotyczących epizodów życia artystów, polityków, pisarzy. To jedynie drobiazgi, wydarzenia, po których doświadczeniu zasadniczo nic nie ma się do powiedzenia, których być może powinno się wstydzić, którą nie powinno się  chwalić i która nie powinna przedostać się do publicznej wiadomości. To swego rodzaju też rodzaj współczesnej plotki, stare wiadomości, które właśnie niekiedy po raz pierwszy  zostały rozpowszechnione.

   Wśród bohaterów książki oprócz przedstawicieli rodziny Kossaków, znaleźli się między innymi: Maria Konopnicka, Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Adam Mickiewicz, Adam Asnyk, Stanisław Wyspiański, Julian Ochorowicz, Julian Klaczko, Tadeusz Boy-Żeleński, Henryk Siemiradzki, Jan Kasprowicz, Władysław Reymont, Henryk Sienkiewicz. To pisarze, malarze, aktorzy, politycy. To mężowie i żony, kochankowie i kochanki. Nikt nie był pozbawiony skazy. Maria Konopnicka chciała zapomnieć epizod dotyczący samobójstwa zakochanego w niej do szaleństwa młodego naukowca Gumplewicza, w dodatku syna profesora Ludwika. Parę stron dalej czytamy o jej córce Laurze Konopnickiej-Pytlińskiej, której trudno było pozbyć się kurateli matki i w końcu decydować o sobie. Laura była piękna i marzyła o występowaniu na deskach teatru. W książce mowa jest również o tym, dlaczego pozwolono wydawać książki Henryka Sienkiewicza w okresie PRL-u; dlaczego Tetmajer miał złamane serce; jaka była Teofila Wyspiańska; w kim kochał się Julian Przyboś; czemu Julian Ochorowicz był tak popularny.


      Trudno tu szukać bibliografii i przypisów. Są za to zgrabnie opisane archiwalne zdjęcia i dialogi wplecione tekst, który jest urywany i przypomina plotkarską rozmowę. Mnóstwo tu anegdot, dygresji, dykteryjek, facecji. Nie zapominać trzeba, że na książkę złożyły się przecież felietony, krótkie teksty fabularyzowane, napisane w sposób lekki i efektowny, z autorskimi aluzjami. Wszystko się więc zgadza. Polecam.



Joanna Jurgała-Jureczka, Na gorącym uczynku. Duchy artystów, wydawnictwo Zysk i S-ka, wydanie 2022, okładka twarda, 320.

1 kwietnia 2022

Joan Didion, Rok magicznego myślenia.

 


     To nie jest książka dla wszystkich. Jeszcze dwa lata temu zupełnie nie rozumiałabym, o czym pisze Joan Didion. Uznałabym ją pewnie za zbyt histeryczną. Sama Autorka pisze dokładnie to samo, że nie zdawała sobie sprawy, co tak naprawdę kryje się pod słowem żałoba. Owszem, w swoim życiu miała do czynienia ze śmiercią, brała udział w pogrzebach, umierali bliscy w jej rodzinie i przyjaciele. Nie potrafiła jednak do końca zrozumieć. Nie zdawała sobie sprawy, że szok zakłóca działanie ciała i umysłu i że stanie się „twardą sztuką”, która wierzy, że mąż niedługo wróci. Owe oświecenie nadejdzie prędzej czy później dla każdego. Nadeszło dla Joan Didion, nadeszło i dla mnie.

   Życie zmienia się w jednej chwili. Dla Joan Didion datą graniczną był 30 grudnia 2003 r. Śmierć męża. W tym samym czasie ich jedyna córka Quintana leżała nieprzytomna w szpitalu. O śmierci ojca miała dowiedzieć się w paręnaście dni później, a sam pogrzeb odbyć się miał dopiero w marcu 2004 r. Joan Didion nie ma właściwie chwili wytchnienia, bowiem Quintana zaraz po raz drugi będzie walczyła o życie. Autorka uświadamia sobie, że tak naprawdę w prawdziwą żałobę wkracza dopiero po pół roku od śmierci męża. 


     Didion odtwarza fragmenty czterdziestoletniego małżeństwa. Właściwie nigdy z mężem się nie rozstawała. Obydwoje pisali, pracowali w domu, a jej mąż John był zawsze pierwszym jej czytelnikiem, krytykiem, doradcą każdej zapisanej strony. Trudno jej pogodzić się z tym, że nic z nim już nie skonsultuje, nie omówi, nie usłyszy jego głosu w słuchawce telefonicznej, nie podzieli się uwagą dotyczącą, co za oknem, a nawet nie podniesie w rozmowie głosu żądając przyznania racji swoim wywodom. Nie potrafi zliczyć, ile razy w ciągu dnia przychodziło jej do głowy coś, o czym musiała powiedzieć mężowi. Zauważa, że impuls ten nie zniknął z jego śmiercią. Zniknęła jedynie możliwość otrzymania odpowiedzi.

     Zatrzymuje chwile. Ubrania Johna nadal są w szafie, podobnie jak książki ułożone przez niego w stosy, nic się nie zmienia na jego biurku w gabinecie, nawet automatyczna sekretarka odzywa się głosem jej męża. Próbuje zrozumieć poprzez notoryczne odtwarzanie danych momentów, wypowiedzianych czy zapisanych słów, a nawet studiowanie karty pacjenta i czytanie medycznych artykułów. Didion jako osoba wierząca poszukuje też odpowiedzi w religii. Odwołuje się do fragmentów różnych książek dotyczących umierania i zmagania się z żałobą. Przytacza m.in. „Smutek” C. S. Lewisa, „Żałobę i melancholię” S. Freuda, „Człowiek i śmierć” Ph. Aries i S. Nulanda „Jak umieramy”. Doczytuje, że przeciętna wdowa potrzebuje wielu lat, by po śmierci małżonka odzyskać dawny poziom zadowolenia z życia (s. 192). Tyle tylko, co to oznacza być „przeciętną wdową” i co właściwie miałoby być jej „dawnym poziomem zadowolenia z życia”?

      Rozumiem zapiski Joan Didion. Wiele w tej książce mojego ja. Rok magicznego myślenia zrozumie zresztą każdy, kto jest w stanie procesu żałoby. Każdy mógłby napisać swoją własną książkę. Joan Didion pokazała, że nawet osoby znane nie są wolne od przeżywania smutku. To piękna i poruszająca książka.

 

Joan Didion, Rok magicznego myślenia, wydawnictwo Relacja, wydanie 2021, tytuł oryg.: The Year of Magical Thinking, przekład Hanna Paserska, oprawa twarda, stron 254.