
Wyjeżdżałam z Warszawy i
powracałam do niej kilkakrotnie, w zależności od sesji sejmowych. Zjechałam tam
po raz ostatni w okresie, kiedy ogłoszona być miała nowa konstytucja. Wszyscy
posłowie otrzymali wówczas polecenie powrotu, tak by sejm mógł zebrać się w
pełnym składzie. Wielu z nich, a w tej liczbie i my, nie zdążyło na czas, gdyż
dniem oznaczonym był 5 maja. Ponieważ jednak król, którego wtajemniczono,
wygadał się nieopatrznie, przyspieszono ogłoszenie o dwa dni. Dowiedzieliśmy
się o tym w drodze. Posłów zagranicznych trzymano w nieświadomości, aby ubiec
ich protesty. Trzeba było raczej zebrać siły, by móc nie zważać na nich, a
potem dopiero brać się do reform. Nie mogłam wiec być obecna przy składaniu
przysięgi przez obie izby i przez króla, który zawołał „Juravi Deo…
Przysięgałem Bogu i słowa nie cofnę …”. Sejm udał się do kościoła św. Jana; po
ślubowaniu odśpiewano „Te Deum”. Obecni tam posłowie byli
z siebie dumni. Miasto szalało z radości i entuzjazmu. Nie byłam tego
świadkiem, ale przybyłam na czas, by móc ocenić następstwa tego stanowczego
kroku, podjętego po trzech latach rozważań.
To, czego najmniej zabrakło, to
uroczystości religijnych i innych. Sejm zebrał się ponownie w kościele św.
Krzyża, skąd wyruszył pochodem, z królem na czele, aby dla upamiętnienia tego
wielkiego dnia poświęcić opatrzności boskiej nowej świątynię za rogatkami
Warszawy. Król położył kamień
węgielny. Gwałtowny huragan, który zerwał się niespodziewanie, zmącił
uroczystość, a osoby przesądne widziały w tym niepomyślną wróżbę.
Obserwowałam tłum, który często ma wzrok bystrzejszy od tych, którzy się płynnie wysławiają - wydawał się zadowolony.
Zapomnieliśmy o odwiecznej prawdzie, że ręka boska wspiera przede wszystkim tych, którzy walczyć umieją. Taki jest nakaz rozumu, któremu i wiara nie przeczy. Prusy zmówiły się z Rosją o dalszy rozbiór Polski. Miasta Gdańsk i Toruń, których się od nas bezskutecznie domagały, miały być nim objęte. Austrii nie dopuszczono do tego ponownego rabunku, bo wojny, które prowadziła z Francją i Turcją, zrujnowały jej finanse; nie była więc niebezpieczna i mogła bez ryzyka być pominięta. Cesarzowa Katarzyna zawarła pokój z sąsiadem i drobna nawet część jej siły zbrojnej zgnieść nas mogła. Przygotowała zemstę bez pośpiechu i przez rok jeszcze i część roku następnego pozwoliła nam oddawać się gadulstwu. Ludzie najtrzeźwiejsi przewidywali ohydę grożącego rozwiązania, nie śmieli jednak mówić o tym głośno, bo im bliższe stawało się niebezpieczeństwo, tym głośniej piorunowali na sali sejmowej; chwila, kiedy działać było trzeba, minęła bezpowrotnie - popełnialiśmy wciąż błędy niewybaczalne.
Wirydianna Fiszerowa, Dzieje moje własne i osób postronnych. Wiązanka spraw poważnych, ciekawych i błahych, Świat Książki 1998, z francuskiego przełożył Edward Raczyński, okładka twarda, tekst cyt.: 173-174.