Jakiś czas wielki temu wszyscy zachwycali się tą książką. Obiecałam sobie, że kupię. Okazja nadarzyła się wkrótce po postanowieniu, kiedy obok książki miałam i Zwierciadło. Niedawno ukazała się w tej gazecie zresztą ponownie. Książka oczywiście najpierw musiała się lata „wystać”, abym mogła po nią sięgnąć z własnego pragnienia. Ku świadomości wszystkich od razu piszę, że nie widziałam do tej pory filmu. Tak, ominęło mnie to. Teraz oczywiście chcę obejrzeć, jak tylko dorwę i będzie ku temu czas sposobny, co pewnie szybko nie nadejdzie.
Książkę zapewne znacie, wiec za wiele się rozpisywać nie będę. Faktem jest, że nie zawiodłam się pozytywnymi opiniami o niej. Cecelia Ahern świetnie nakreśliła fabułę. Czytelnik poznaje trzydziestoletnią Holly, mieszkankę Dublinu, która zaledwie parę tygodni temu została wdową po wyczerpującej chorobie męża. Obecnie nie potrafi sobie poradzić z nowym życiem, ponieważ od szkoły średniej zawsze był przy niej Gerry. Mąż jednak wiedział, co będzie przeżywać młoda kobieta i zostawia jej dziesięć listów, które, Holly powinna otwierać każdego miesiąca. Jak okazuje się życie niesie ze sobą wiele niespodzianek. Kobieta nie pozostaje jednak sama. Wokół siebie ma grono przyjaciół na dobre i na złe oraz rodzinę, mającą swoje wewnętrzne bolączki.
To dobra, zabawna, optymistyczna powieść. Cecelia Ahern napisała książkę ku pokrzepieniu serc, pokazując, że świat nie kończy się na śmierci najbliższej sercu osoby. Nie piszę, że powieść jest naiwna, przewidywalna i z happy endem. Po co? W tym wypadku wszystko ze sobą współgra, a Autorka nakreśliła w lekki sposób, czemu nie należy się poddawać po śmierć małżonka. W Polsce oczywiście podejście do żałoby jest zupełnie inne, z czego trzeba zdawać sobie sprawę czytając książkę. To dobra powieść jak dla młodej pisarki.