Jochen Schmidt powraca do Bretanii
dość regularnie, choć właściwie wydaje się, że na początku w ogóle nie znał
tego rejonu Francji. Jak sam pisze ponad rok spędził w Breście nie opuszczając granic
miasta. Autor zdradza czytelnikowi w przedmowie, że w Bretanii spędził wiele
lat, najpierw, jako marynarz marynarki wojennej, potem po poślubieniu Bretonki,
jako rolnik zajmujący się uprawą warzyw, a następnie, jako Konsul Honorowy
Republiki Federalnej Niemiec w Breście. Postanowił także odbyć samotną podróż
od maja do sierpnia 2003 roku, aby szerzej poznać Bretanię oraz życie codzienne
jej mieszkańców.
Myli się ten, kto sądzi, że jest
to typowy przewodnik. Brakuje tu zupełnie bazy ilustracyjnej, a Autor w głównej
mierze pisze o tym, co mu się podoba lub czego nie znosi. Innymi słowy patrzy
na Bretanię jedynie swoimi oczyma, w czysto subiektywny sposób. Czasami może to
niestety denerwować, bo Jochen Schmidt wcale nie gustuje w architekturze i nie
podziwia bretońskich zabytków. Pogardliwie wypowiada się o zabudowie
miasteczek, która powstała po II wojnie światowej. Nie znosi turystów, którzy pałętają
się dosłownie wszędzie. Korzysta ze schronisk, choć nie znosi towarzystwa w
pokoju, głośnych imprez i chrapania. Przebywa w miejscowych barach, choć nie
jest zadowolony z tego, jakich ludzi tam spotyka. Szokują go wysokie ceny, choć
nie potrafi sobie odmówić posiłku pod Mont
Saint-Michel. Dziwi się, że w księgarni nie może znaleźć książek swojego
autorstwa.
Jochen Schmidt opowiada o
miejscach, które odwiedza. Woli jednak przebywać w małych miejscowościach niż tych
obleganych przez turystów. Obok Mont
Saint-Michel, odwiedza grób Merlina w lesie Brocéliande, podziwia menhir w okolicy Trébeurden, przebywa na skalistym
przylądku Pointe du Raz, będącym najbardziej wysuniętym na zachód obszarem
Francji. Przy okazji można się dowiedzieć, które filmy i w jakich miejscach maja
swoje ujęcia zdjęć także w tajemniczej, pachnącej palonym drewnem, Bretanii.
Największym atutem tej książki są historie dotyczące tradycji, legend, a
przede wszystkim zwykłych Bretończyków oraz opowieści związane z historią
języka bretońskiego. W przytaczanych historiach wiele jest motywów związanych z
II wojną światową. Zresztą sam Autor z racji swojego pochodzenia jest ciekawy
jak Bretończycy postrzegają Niemców. Z drugiej strony słysząc niejednokrotnie w
odwiedzanych miejscach język niemiecki nie przyznaje się do tego, że jest
Niemcem.
Przemyślenia Autora nie są
pozbawione humoru, ironii i złośliwości, nawet wobec swoich zachowań. W
krótkich, napisanych lekkim stylem, esejach, czy też felietonikach Jochen
Schmidt opowiada o Bretanii takiej, jaką sam poznał i jaką pokochał, choć nie
potrafi tak do końca o tej miłości opowiadać. Bretania to również jeden z tych
regionów Francji, który chciałabym kiedyś odwiedzić.
Jochen Schmidt,
Sielanka po bretońsku. W krainie Celtów, magii i cydru, Wydawnictwo Dolnośląskie (
Grupa Publicat SA), kwiecień 2013, przekład Wioletta Mazurek, oprawa miękka ze skrzydełkami, stron 256.