17 grudnia 2014

Maria Szypowska, Konopnicka jakiej nie znamy.



Do postaci Marii Konopnickiej żywię niebywały sentyment. To wszystko przez to, że kilka lat przepracowałam w szkole jej imienia i co więcej, uczestniczyłam w przygotowaniach jak i samej uroczystości nadania tegoż imienia. Była izba pamięci, specjalnie zamówione olejne portrety, msza święta, parada przez całe miasto i kilkugodzinne stanie przed szkołą w upale… Mam tylko z tego wszystkiego jedno zdjęcie, ale cała otoczka pozostanie w mojej pamięci. Tym niemniej od tamtego roku, Maria Konopnicka stała mi się bliższa i z zainteresowaniem czytam to, co pojawi się o niej w formie wydawniczej. Nota bene w moim mieście jest też park jej imienia, a nawet w nim pomnik. W Ciechanowie w 1903 roku zamieszkał syn poetki, Jan Konopnicki, który wydzierżawił od Krasińskich młyn na rzece Łydyni i zamieszkał w „domu przy młynie”. Konopnicka bywała więc u niego, znała również ostatniego ordynata opinogórskiego hrabiego Adama Krasińskiego, wnuka Zygmunta Krasińskiego oraz Aleksandra Świętochowskiego, który osiedlił się w Gołotczyźnie.


Nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka została wznowiona w dobrej oprawie graficznej książka Marii Szypowskiej Konopnicka jakiej nie znamy. To biografia mająca układ chronologiczny, napisana bez zbędnego patosu i heroizowania twórczości poetki. Czytelnik ma jednak wrażenie, że autorka książki z premedytacją nie dopowiada wszystkiego i omija niektóre niewygodne fakty z życia Konopnickiej. Oczywiście wiele dowiedzieć się można na temat jej życia prywatnego, sposobie wychowania dzieci, relacjach z mężem i znajomymi z listy towarzysko –literackiej, którzy pojawili się w jej życiu czy miejscach zamieszkania. Przyjaźń z Elizą Pawłowską (potem Orzeszkową), którą poznaje na pensji jest długotrwała. Autorka książki przytacza zresztą dość szeroko fragmenty korespondencji, jaką prowadziła Konopnicka. Szypowska wiele miejsca poświęca twórczości Konopnickiej i recenzjom, jakie ukazywały się w prasie zarówno pochlebne jak i mniej przychylne. Ataki na Konopnicką nie były obce wówczas prasie. 


Konopnicka miała bogate życie literackie, acz jej prywatne nie należało do szczęśliwych. Jako młoda dziewczyna poślubiła znacznie starszego Jarosława Konopnickiego, a potem na świat zaczęły przychodzić dzieci. W okresie około dziesięciu lat małżeństwa, Maria urodziła ich ośmioro, ale dwoje zmarło w niemowlęctwie. Jarosław nie rozumiał żony i jej zainteresowań literackich, a Maria czuła się ciągle osaczana i ograniczana przez męża, a przede wszystkim nie chciała się zajmować tylko domem i dziećmi. Postawiła na własny rozwój i zdecydowała się z mężem rozstać. 


Potem w roku 1889 Konopnicka poznała młodą malarkę Marię Dulębiankę, która stała się jej towarzyszką w wędrówce życia przez kolejne dwadzieścia lat. Tak to określa Szypowska. Oczywiście nie ma mowy, aby związek dwóch Marii nazwany był otwarcie, tym, czym był w rzeczywistości. Szypowska omija nieco również wcześniejsze romanse Konopnickiej czy kłopoty, jakie Konopnicka miała z dziećmi. Tworzy za to wizerunek poetki, dla której najważniejszy był lud (pamiętajmy, że po raz pierwszy książka została wydana w roku 1963), kobiety wyzwolonej, dbającej o swój rozwój intelektualny, emancypantki, choć nie aktywistki. Wydaje się jednak mimo wszystko, że Szypowska próbowała - jak na te lata, co książka powstała - odmitologizować nieco postać pisarki. Warto wspomnieć, że tekst oczywiście pisany jest nie na miarę naszych czasów, ale można się przyzwyczaić podczas czytania. 

W książce znaleźć można spis bibliograficzny, indeks osób, archiwalne fotografie oraz noty autorki do pierwszego i drugiego wydania.
 


Maria Szypowska, Konopnicka jakiej nie znamy, wydawnictwo Zysk i Ska, wydanie 2014, oprawa twarda z obwolutą, stron 540.

12 grudnia 2014

Alan Bradley, Ucho od śledzia w śmietanie.



Ucho od śledzia w śmietanie to trzecia część serii o detektywistycznych przygodach jedenastoletniej Flawii de Luce. Po letnich miesiącach nadciągnęła jesień, choć nadal mamy ten sam rok 1950. Od ostatniej zbrodni popełnionej na terenie Bishop’s Lacey minęło zaledwie kilka tygodni. Flawię spotykamy na festynie zorganizowanym przy kościele świętego Tankreda, w którym uczestniczy wraz z innymi mieszkańcami miejscowości. Cała historia zaczyna się wówczas, gdy Flawia chcąc poznać przyszłość, postanawia zajrzeć do namiotu cyganki. Gdy starsza i schorowana kobieta opowiada Flawii, co zobaczyła, dziewczyna przestraszona odskakując od stolika odtrąca świecę i w ten sposób wznieca ogień. Sama ucieka z miejsca wypadku i obserwuje ludzi niosących pomoc cygance. Z namiotu nic nie pozostało, a Flawia czując się winną, proponuje Fenelli, aby na kilka dni rozbiła się z obozem na Palings, na terenach posiadłości Buckshaw. Historia nabiera rozpędu, gdy Cyganka zostaje napadnięta w nocy, a Flawia znajduje martwego mężczyznę - Brookiego Harewooda, który parę godzin wcześniej nielegalnie przebywał w jej rodowym domu. Przed Flawią więc kolejne wyzwanie detektywistyczne, ale z inspektorem Hewittem nie będzie w dobrej komitywie, bowiem ten nadal nie traktuje jej poważnie.

Do tego dochodzą kolejne kłopoty. Wskutek niepozostawienia testamentu przez Harriet, widmo bankructwa coraz bardziej wisi nad posiadłością Buckshaw, a ojciec zmuszony jest sprzedać swoją kolekcję znaczków. 

Trzecia cześć kryminalnych przygód Flawii wydaje się bardziej stonowana i chyba poważniejsza od poprzednich. Flawia nadal kocha wszelkie doświadczenia chemiczne i sporo czasu przebywa w swoim laboratorium. Owszem jest tu nadal humor, ale podany już nie w takich samych ilościach jak poprzednio. Flawia, mimo, że uparta, twarda na zewnątrz, to jednak teraz więcej płacze, jest samotna, wyobcowana i wrażliwa. Dziewczynka nie znajduje porozumienia ani z siostrami ani z zamkniętym w swoim świecie i chłodnym ojcem. Siostry nadal dokuczają Flawii i wpadają na niesympatyczne i okrutne pomysły. W rodzinie nie ma szczerych rozmów ani przytulania.  Jest za to powściągliwość w okazywaniu sobie uczuć. Flawię przygnębia również to, że nie pamięta matki. Do tego dochodzi jeszcze znajomość z wnuczką Fenelli, nieodgadnioną Porcelaną.

Książka oczywiście wciąga, choć wydaje się, że więcej rzeczy jest tu na potrzeby fabuły nieco ponaciągane. Nadal jednak autor nawiązuje w tekście do książek, co też bardzo mi się podobało.



Alan Bradley, Ucho od śledzia w śmietanie, wydawnictwo Vesper, wydanie 2011, tytuł oryginalny: A Red Herring Without Mustard, tłumaczenie: Jędrzej Polak, okładka miękka ze skrzydełkami, stron 388.

Zatrute ciasteczko
Badyl na katowski wór 


4 grudnia 2014

Mariusz Urbanek, Genialni. Lwowska szkoła matematyczna.



Mariusz Urbanek po napisaniu trzech książek poświęconych pisarzom (Brzechwa nie dla dzieci, Tuwim. Wylękniony bluźnierca, Broniewski. Miłość, wódka, polityka.) tym razem zebrał materiały do pozycji, której bohaterami jest głównie czterech panów i w dodatku przedstawicieli ścisłego przedmiotu, jakim jest matematyka. Chodzi tu o Stefana Banacha, Hugo Steinhausa, Stanisława Ulama i Stanisława Mazura. To oni spotykali się sukcesywnie w okresie międzywojennym w kawiarni w Szkockiej mieszczącej się przy ulicy Akademickiej 9 we Lwowie. W spotkaniach tych uczestniczyli oczywiście jeszcze inni profesorowie, docenci i doktorzy Uniwersytetu Jana Kazimierza. Stefan Banach uważał, że kawiarnia jest równie dobrym, o ile nie lepszym, miejscem na naukowe dysputy, co biblioteka czy gabinet. W Szkockiej rozmawiano właściwie o wszystkim. Były plotki, dowcipy, tematy dotyczące polityki, ale przede wszystkim roztrząsano zagadnienia matematyczne i to w dość emocjonujący sposób. Rozterki pisano na kartkach papieru, emocjonująco roztrząsano, niekiedy całe towarzystwo cichło i następowały indywidualne rozmyślania. Często pisali ołówkiem po stolikach: pierwiastki, równania, liczby, klamry, zygzaki – symbole, które dla przeciętnego bywalca były zupełnie niezrozumiałe. 

Jedna z takich sesji trwała siedemnaście godzin, „nie licząc przerw na posiłki” – napisał Ulam. Hugo Steinhaus zapamiętał tylko, że powstał podczas niej dowód ważnego twierdzenia. Ale następnego dnia nikt nie był w stanie go odtworzyć, zaś „blat stolika, pokryty śladami chemicznego ołówka, został po owej sesji, jak zwykle zmyty przez sprzątaczkę kawiarni” – pisał.[1]
 
Potem jednak sprzątaczki miały przykazane, że stolika przykrytego obrusem myć nie wolno dopóki studenci wszystkiego nie odpiszą. Na pomysł wprowadzenia zeszytów w Szkockiej wpadła żona Stefana Banacha. Pierwszy wpis nosi datę 17 lipca 1935 roku. Każdy z nich opatrzony był numerem, datą, nazwiskiem autora problemu i potem notką o nagrodzie, którą ustanawiał. Stanisław Mazur miał, jako pierwszy obiecać autorowi dobrego rozwiązania flaszkę wina. Tak narodziła się Księga Szkockiej, w której były zarówno problemy trudne, poważne, jak i lekkie i żartobliwe. W sumie wpisano 193 problemy, a ostatni zapis pochodzi z 31 maja 1941 roku. To z inicjatywy Ulama zawartość Księgi Szkockiej została przetłumaczona, skopiowana w 300 egzemplarzach i rozesłana do matematyków na całym świecie. Została zaprezentowana w roku 1959 na międzynarodowym Kongresie Matematycznym w Edynburgu. Autor książki donosi, że w Polsce do tej pory Księga Szkocka nie ukazała się w całości drukiem. Po wojnie powstała Nowa Księga Szkocka (inna nazwa to Księga Wrocławska), gdzie wpisanych zostało 968 zagadnień w latach 1946 (pierwszy zapis należał do Steinhausa) – 1987. 


Mariusz Urbanek przybliża czytelnikowi życie i działalność naukową wielkich lwowskich matematyków. Robi to w sposób nietypowy, bowiem postawił przede wszystkim na chronologię. Życie matematyków poznajemy więc od początku, ale na przemiennie. Jeżeli mowa jest o dzieciństwie i domu rodzinnym Steinhausa, to potem jest podrozdział dotyczący tegoż samego, ale w odniesieniu do Banacha. Pomiędzy tym jest jednak wzmianka, że Steinhaus poznał Banacha na Plantach w Krakowie w lipcu 1916 roku. Szybko jednak wpada się w rytm czytania i poznawania życia i pracy naukowej matematyków. 


Każdy z nich to postać nietuzinkowa. Banach był nieślubnym dzieckiem i wychowywał się w rodzinie zastępczej. Wyjechał do Lwowa na zaproszenie Steinhausa i to dzięki niemu otrzymał asystenturę na uniwersytecie. W 1923 roku został profesorem zwyczajnym i objął katedrę matematyki na UJK. Hugo Steinhaus pochodził z Jasła, studiował matematykę i filozofię we Lwowie, potem w Getyndze. Został profesorem nadzwyczajnym matematyki UJK w roku 1920, objął katedrę, a w 1923 profesorem zwyczajnym. Stanisław Mazur (nota bene to ojciec tancerki Krystyny Mazurówny) urodził się we Lwowie, był studentem matematyki tamtejszego uniwersytetu, ale też studiował w Paryżu. Mazur, podobnie jak Banach, nie ukończył studiów, został asystentem na UJK, doktorat obronił w 1932 roku. Stanisław Ulam był polskim matematykiem, urodzonym we Lwowie, który w 1943 roku przyjął obywatelstwo amerykańskie. W 1934 roku obronił doktorat z matematyki, a jego wykładowcą był między innymi Banach. W 1935 Ulam otrzymał zaproszenie do Stanów Zjednoczonych do Princeton University. Po roku dostał propozycję pracy na Harvardzie, z której oczywiście skorzystał. W 1941 roku rozpoczął pracę, jako profesor na uniwersytecie w Wisconsin. Oczywiście oprócz tych czterech wybitnych matematyków, Mariusz Urbanek wspomina o innych uczonych, którzy w okresie międzywojennym tworzyli tak zwaną lwowską szkołę matematyczną. Mowa jest również o tych, którzy wpadali do Szkockiej, tak jak filozof Kazimierz Ajdukiewicz czy chemik Roman Małachowski.


Autor kreśli życie i dokonania matematyków na tle życia kulturalnego, politycznego, społecznego i historycznego. Nie zapomina o panujących nastrojach wojennych, wojnie, losach powojennych, antysanacyjnych i antysemickich wystąpieniach na uczelniach, wprowadzeniu nowych ustaw o szkołach akademickich, wysiedleniach, zajęciu Lwowa przez Armię Czerwoną (potem Niemców i ponownie Armię Czerwoną), zaangażowaniu uczonych w politykę i innych sprawach. Przechodzimy przez cały etap życia każdej z głównej postaci przedstawionej w książce. W tym wszystkim pokazuje również ich życie towarzyskie i prywatne. Dowiedzieć się między innymi można, że Bronisława, żona Mazura, wpadała do Szkockiej, by wywlec męża i ciągnąć go do domu, głośno wyrzekając, że nie ma z niego pożytku[2]. W tym wszystkim odnaleźć można informacje dotyczące osiągnięć naukowych matematyków. Steinhaus słynął wśród współpracowników i studentów z aforyzmów (np. Kula u nogi – Ziemia). 


Książka uzupełniona została o rozmowę Mariusza Urbanka z profesorem Romanem Dudą matematykiem i historykiem nauki na temat lwowskiej szkoły matematycznej. W pozycji odnaleźć można kalendarium, indeks osób oraz spis bibliograficzny. W tekście dodatkowo zamieszczono archiwalne fotografie. 

To książka o burzliwych losach wielkich polskich uczonych, którzy zrobili międzynarodową karierę i zyskali sławę. Zyskali prestiż i wnieśli wielki wkład do nauk ścisłych. Otrzymywali nagrody, honorowe doktoraty różnych uczelni, byli autorami cenionych książek. Los niektórych z nich był tragiczny. Niektórzy profesorowie zginęli we Lwowie w lipcu 1941 roku, Herman Auerbach zażył cyjanek w sierpniu 1942 roku, Juliusz Schauder zginął zastrzelony w 1943 roku, w styczniu 1945 roku lekarze rozpoznali u Banacha raka płuc. Bardzo dobrze, że powstała książka, która przypomina nam, że wybitne osobistości kryją się nie tylko w literaturze, sztuce i pokrewnych dziedzinach, ale również w naukach ścisłych.


[1] M. Urbanek, Genialni. Lwowska szkoła matematyczna, Warszawa 2014, s. 9. 
[2] Tamże, s. 77.
 


Mariusz Urbanek, Genialni. Lwowska szkoła matematyczna, wydawnictwo Iskry, wydanie 2014, oprawa twarda z obwolutą, stron 284.