Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edward IV. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edward IV. Pokaż wszystkie posty

7 grudnia 2015

Sharon Kay Penman, Słońce w chwale/The Sunne in Splendour. (Iwona Maciaszczyk)

wydanie angielskie

Na „The Sunne in Splendour” Sharon Penman trafiłam kilka lat temu. Książka była gruba (prawie dziewięćset stron), a recenzje w sieci entuzjastyczne – ale jakoś nie mogłam się zdecydować. Krążyłam wokół niej przez dłuższy czas, aż kiedyś, gdy byłam na strasznym „głodzie książkowym”, uległam. I za tę słabość charakteru do dziś jestem wdzięczna losowi.
Ta decyzja okazała się bowiem początkiem wspaniałej przygody – bo przedstawiona w „The Sunne…” wersja historii urzekła mnie do tego stopnia, że już bez żadnych oporów sięgnęłam po inne książki Sharon Penman. I za każdym razem, gdy kończyłam kolejną z nich nachodziła mnie jedna, pełna niedowierzania myśl: przecież to gotowy materiał na przebój. Jak więc to możliwe, że żadne z naszych wydawnictw nie zainteresowało się dotąd upowszechnieniem jej powieści wśród polskich czytelników.....?
Pragnienie, by zobaczyć te książki (a zwłaszcza „The Sunne…”) po polsku, by polskojęzyczni czytelnicy mogli ją przeczytać i – być może – dołączyć do fanklubu autorki, opanowało mnie do tego stopnia, że w pewnej chwili próbowałam nawet „wziąć sprawy we własne ręce” i porwałam się na tłumaczenie fragmentów. Z ich publikacji co prawda nic nie wyszło, ale marzenia pozostały.
I jak to często z marzeniami bywa, gdy stają się rzeczywistością – nie do końca odpowiadają temu, czego oczekiwaliśmy i kończą się zawodem. Niestety, doświadczyłam tego i tym razem.

wydanie amerykańskie
Zważywszy, że znam powieść Sharon Penman na wyrywki, nie mogłam uniknąć porównań jej polskiego tłumaczenia z oryginałem. No I tu spotkało mnie pierwsze rozczarowanie. Przekład Jerzego Łozińskiego wydał mi się nieco… chropawy i płaski. Gdybym po raz pierwszy zetknęła się z tą książką w polskiej wersji, to chyba moje odczucia nie różniłyby się od tych, jakie pojawiają się w większości opinii czytelników. Nie potrafiłam jakoś odnaleźć klimatu, który tak mnie w tej książce urzekł. Przeszkadzał mi brak konsekwencji w tłumaczeniu imion (bo jest Franciszek Lovell, ale Thomas Parr i Anne Neville) czy tytułów (bo obok księcia zamiast równie „polskiego” hrabiego nie wiedzieć czemu występuje anglojęzyczny earl). Mniejsza już o takie drobiazgi, jak choćby to, że ulubione przez możnych tamtych czasów wilczarze (w oryginale wolfhound) z niewiadomych powodów przemieniły się w nasze swojskie wilczury. Mniejsza nawet o króla Harry’ego, przechrzczonego na Henrysia (wiem, wiem, że chodzi o podkreślenie żartobliwego i wzgardliwego stosunku do króla, ale jakoś mnie to uwiera)…  Nie chodzi już o to, że zgrzytałam zębami za każdym razem, gdy w tekście pojawiał się jakiś LANCASTERYSTA. I lepiej zmilczę o swoich odczuciach odnośnie Kingmakera nie wiedzieć czemu przemianowanego na KRÓLODZIEJA, gdy od lat powszechnie przydomek hrabiego Warwicka tłumaczony jest jako TWÓRCA KRÓLÓW. 
Zysk i s-ka, 2015

To wszystko jakoś bym jednak przeżyła. Ale tego, co tej książce uczyniło wydawnictwo, zdzierżyć nie mogę.
„Słońce w chwale” (bo nie oryginał) kończy się rozdziałem o bitwie pod Tewkesbury (czyli mniej więcej w połowie pierwowzoru) i próżno byłoby szukać jakichkolwiek wzmianek, że należy oczekiwać jakiegoś ciągu dalszego. Przyznam, że nie wiem, czemu miał służyć taki zabieg. Rozumiem, że książka jest gruba i może sensownym byłoby wydanie jej w dwóch tomach – ale RAZEM. A tak? To przecież jakby wydać część "Potopu" do nawrócenia Kmicica i próby porwania księcia Bogusława... Na dodatek – treść tego, co wydano, właściwie nijak się ma do okładkowego opisu, bo ta część opowiada głównie o Edwardzie IV i akurat Ryszarda jest w niej stosunkowo niewiele. Nie obejmuje ona też najbardziej kluczowych – i najbardziej kontrowersyjnych – wydarzeń z jego życia.
Krótko mówiąc – wyświadczono znakomitej książce iście niedźwiedzią przysługę. Każdy, kto sięgnął po nią zainteresowany tym, jak autorka próbuje „przywrócić dobre imię człowiekowi, który stał się uosobieniem nikczemności, przewrotności i bezwzględności w dążeniu do celu”, musi bowiem poczuć zawód i raczej nie zechce sięgnąć po ciąg dalszy – jeśli on kiedykolwiek nastąpi..... 

Autorką opinii jest Iwona Maciaszczyk


Sharon Kay Penman, Słońce w chwale, wydawnictwo Zysk i S-ka, wydanie 2015, tłumaczenie Jan Łoziński, okładka miękka ze skrzydełkami, stron 482.

26 października 2015

Sharon Kay Penman, Słońce w chwale.




Właściwie nie za bardzo wiem jak mam się ustosunkować do tej książki. W oryginalnej wersji to przecież ponad 900 stron, a w polskiej tylko 482. Co więcej nie czytałam oryginału, więc nie wiem, w jaki sposób powieść została skrócona. Czy jest to pierwszych 482 stron przetłumaczonych w całości, czy również zastosowano tam skróty lub czy to jest jakiś skrót całościowy powieści. Nie mam zupełnie określonej wiedzy na ten temat.  I w ogóle od paru tygodni zadaję sobie pytanie czy prawdą jest, że zostanie wydana kolejna część, bowiem na okładce nic o tym nie wspomniano. Owszem tu i ówdzie czytałam, że ma to nastąpić w na początku przyszłego roku. Szkoda jednak, że od razu książka nie wyszła w całości, a czytelnicy nie zostali o powyższych sprawach dobrze poinformowani. W polskim wydaniu książki brakuje mi jeszcze jednego: przypisów od redakcji czy tłumacza (są w znikomej ilości). O ile, bowiem rodowity Anglik czy też mieszkaniec Wielkiej Brytanii zna historię swojego państwa, to nie jestem pewna na ile Polak świadomie będzie odbierał wiadomości dostarczone mu przez powieść. Na szczęście lukę tę nieco uzupełnia wymienienie na początku powieści członków poszczególnych rodów oraz mapki umieszczone po wewnętrznej stronie okładek. Szkoda jednak, że Autorka nie podała listy opracowań historycznych, które pomogły jej w zbieraniu informacji do powieści.


Polska wersja Słońca w chwale nie jest, więc kompletna, skupia się głównie na najważniejszych wydarzeniach Wojny Dwóch Róż, czyli walce o wpływy, poparcie społeczeństwa i władzę rodów Lancasterów (herb z czerwoną różą) i Yorków (herb z białą różą). Głównie jednak poznajemy losy członków rodu Yorków: Edwarda, Edmunda, Jerzego i Ryszarda (1452-1485). Ten ostatni przedstawiony jest, jako młody, honorowy, lojalny wobec brata, zaufany i zręczny na polu bitwy mężczyzna. Jak pamiętacie Shakespeare przedstawia Ryszarda nieco inaczej, ale tu pewnie zadziałała propaganda Tudorów. Nie za wiele jest jednak o Ryszardzie III, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że to książka o jego starszym bracie Edwardzie IV. Ryszard staje się tu postacią dalszoplanową.


To oczywiście beletryzowana wersja historii w wydaniu Sharon Kay Penman, która na potrzeby powieści ułożyła w swojej wyobraźni dialogi i momentami rozmijała się z faktami. Sama przyznaje, że wymyśliła dodatkowo jedynie Veronique de Crécy i Brownellów. Poza tymi wyjątkami inne postacie wymienione w powieści żyły naprawdę. To historia o średniowiecznych krwawych i często bezkompromisowych walkach, spiskach, intrygach, zdradach, ambitnych politykach, próżności i dumie.  Oczywiście we wszystkich tego typu powieściach występuje duża ilość postaci i wydarzeń historycznych, toteż autorka niejednokrotnie stosuje „przeskoki” w fabule i mamy tu do czynienia z wielką liczbą narratorów (kwestia przyzwyczajenia czytającego). Niemniej powieść jest interesująca i niezwykle dobrze napisana. Teraz należy oczekiwać wydanie drugiej części, a wtedy będzie można ustosunkować się do całości.
 


Sharon Kay Penman, Słońce w chwale, wydawnictwo Zysk i S-ka, wydanie 2015, tłumaczenie Jan Łoziński, okładka miękka ze skrzydełkami, stron 482.