15 listopada 2013

Wiem, co mówię, czyli dialogi uzdrawiające. Spotkania z Józefem Henem.


Wiem, co mówię, czyli dialogi uzdrawiające to zbiór rozmów przeprowadzonych z Józefem Henem na przestrzeni lat począwszy od 1948 roku a skończywszy na roku 2013. Wyboru i opracowania tych zarejestrowanych spotkań dokonała Magdalena Hen. Wywiady ukazywały się sukcesywnie na łamach prasy i pojawiły się między innymi w takich gazetach jak „Żołnierz Polski”, „Literatura”, „Nowe Książki”, „Konfrontacje”, „Rzeczpospolita”, „Elle”, „Gazeta Wyborcza”, a nawet „Diabetyk” czy „Moda na zdrowie”. Rozbieżność tytułów periodyków szeroka, ale też i rozmowy obracają się wokół różnych tematów.


Józef Hen to polski pisarz, scenarzysta, publicysta, dramaturg i reportażysta, pochodzenia żydowskiego (choć podkreśla, że jest człowiekiem niewierzącym[1] i ma pretensję do Boga: dlaczego nigdy nie było powodzi podczas wojny? Gdyby zalało Oświęcim, te pociągi nigdy nie mogłyby dojechać[2]) urodzony w 1923 roku w Warszawie. Jego właściwe imię i nazwisko to Józef Henryk Cukier, bowiem pierwszy raz jako „Hen” (skrót od Henryk) podpisał się w Lublinie za czasów PKWN pod jakąś fraszką w „Stańczyku”[3]. W jego zasobie twórczych umiejętności znaleźć można zarówno opowiadania, sztuki teatralne, eseje, scenariusze filmowe,  jak i powieści historyczne. Bohaterami jego książek byli między innymi Czarniecki, Kościuszko, Piłsudski i Stanisław August Poniatowski. Za każdym razem pisarz stara się poszerzać swoją wiedzę na temat języka epoki, w której umieszcza akcję książki. Aby dobrze skonstruować Crimen (wydany po raz pierwszy w 1975 roku) czytał Paska, listy Sobieskiego, dwutomową antologię Poezja polskiego baroku i powieści Sienkiewicza[4]. W tworzeniu Królewskich snów Józef Hen wykorzystał kroniki Długosza i wczytywał się w prace dotyczące tamtej epoki[5]. Gdy jednak w Crimenie mamy zastosowaną archaizację języka, to jeśli chodzi o Królewskie sny, jak sam autor przyznaje dbał jedynie o to, aby któraś z dwórek nie wychyliła się z jakąś „migreną”, a doradca z „patologią stosunków społecznych”[6]. Jest też eseistą, autorem książek o Montaigne’u, Boyu, Ksawerym Pruszyńskim. Jak podkreśla w jednym z wywiadów eseistyka zawsze bardzo go interesowała i zawsze czuł się w niej swobodnie[7]. Pisał zarówno eseje literackie jak i felietony sportowe. Na swoim koncie ma również powieści, w których na plan pierwszy wysuwa się miłość, tak jak w Odejściu Afrodyty.
 
W pozycji odnajdziemy jednak rozmowy nie tylko poświęcone twórczości Józefa Hena. Co  i raz przewijają się tematy związane z polityką, z historią Polski i jej współczesnym etapem, antysemityzmem, kulturą, literaturą, religią, orientacją seksualną pisarzy, z rolą pisarza i pisaniem. Opowiada również o rodzinie, ukochanej żonie (z którą oficjalnie nigdy nie wziął ślubu[8]), dzieciach wnukach, rodzeństwie, tych bardzo szczęśliwych (polemizuje z profesorem Kołakowskim, który stał na stanowisku, że szczęścia nie ma) i tych mniej radosnych wydarzeniach w życiu. Zaznacza autobiograficzne wątki w swoich powieściach, tak jak w Nikt nie woła.

Józef Hen lubi swoich bohaterów powieści, a co więcej czyta swoje książki po upływie czasu. Po dwudziestu latach sięgnął po powieść Crimen i jak zaznacza pomyślał wówczas sobie: Boże, jaki ja byłem zdolny![9] Ustosunkowuje się również do realizacji seriali i filmów na podstawie jego scenariuszy i książek. Nie ze wszystkiego jest zadowolony (choćby z ekranizacji Crimena przez Laco Adamika) i podkreśla, że woli kino amerykańskie, bo współcześni bohaterowie polscy reprezentują straszne chamstwo[10]. W zbiorze można znaleźć również celne uwagi Józefa Hena na temat współczesnych pisarzy, pisania i wydawanych książek. Język troszeczkę spsiał[11]- wypowiada się oceniając współczesne pokolenie twórców. 

Wiem, co mówię, czyli dialogi uzdrawiające to książka niezwykle ciekawa, dzięki której  Józef Hen daje się poznać jako doskonały erudyta, człowiek twardo stąpający po ziemi i trzymający się rzeczywistości, obeznany z historią, polityką i kulturą. Wydaje się, że najlepiej Józef Hen czuje się jednak, wówczas, gdy opowiada o własnych książkach i ich tle historycznym. Warto na koniec zaznaczyć, że w książce odnaleźć można liczne zdjęcia oraz dodatkowo szeroko opracowane kalendarium życia i twórczości Józefa Hena.



[1] Wiem, co mówię, czyli dialogi uzdrawiające. Spotkania z Jozefem Henem, wybór i opracowanie Magdalena Hen, Warszawa 2013, s. 219.
[2] Tamże, s. 235.
[3] Tamże, s. 204.
[4] Tamże, s. 61.
[5] Tamże, s. 80.
[6] Tamże, s. 83.
[7] Tamże, s. 57.
[8] Tamże, s.212.
[9] Tamże, s. 226.
[10] Tamże, s. 229.
[11] Tamże, s. 178.
 

Wiem, co mówię, czyli dialogi uzdrawiające. Spotkania z Józefem Henem, wydawnictwo Iskry, wydanie 2013, wybór i opracowanie Magdalena Hen, oprawa twarda z obwolutą, stron 344.

7 listopada 2013

Marcel Proust, W stronę Swanna.

To nie jest łatwa książka ani w czytaniu ani w odbiorze. Uwierzę od razu, jeśli niektórzy z czytających nie dotrwali w swej cierpliwości do końca powieści.  Oczywiście świadoma jestem tego, że mnożą się oceny nad twórczością Marcela Prousta w stylu eleganckich achów i ochów, ale powiedzmy sobie szczerze, to nie jest książka dla każdego odbiorcy. Jedni będą językiem powieści zachwyceni, innych będzie on po prostu męczył. Jest on, bowiem przesiąknięty magicznymi opisami, metaforami, długimi zdaniami, a zagmatwana i poplątana treść rozkłada się na wiele wątków opartych na retrospektywie, odtwarzaniu przeżyć i zdarzeń z przeszłości. Ale nie ma tu ani porywającej akcji, ani pośpiechu, co jednoznacznie od razu wskazuje na to, że powieść wymaga osobliwego skupienia, wewnętrznego wyciszenia, zatrzymania i zwielokrotnionej uwagi czytelnika. Znaleźć tu można filozoficzne rozważania, refleksje nad życiem i ludźmi, radość wypływającą z zatrzymania czasu, wspomnień, zapamiętanych zapachów, drobnych rzeczy i małych uczynków. Prousta nie można jednak czytać „jednym tchem”. 

W stronę Swanna wydane w roku 1913 (zresztą za pieniądze pisarza), to pierwszy tom cyklu W poszukiwaniu straconego czasu. Pomysł na powieść zaczerpnięty został bezpośrednio z życia pisarza. Fabuła powstała na bazie wspomnień z lat młodości i pamięci oplatającej obrazy dotyczące miasteczka Combray, które w powieści wywołane zostały dzięki smakowi magdalenki umoczonej w herbacie. To w Combray narrator rokrocznie spędzał z rodziną wakacje w okresie dzieciństwa. Wspomnienia te dotyczą, więc matki i babki piszącego, ale również służby i napotkanych ludzi. Narrator prowadzi czytelnika drogami wiodącymi po tej miejscowości. Jedna z nich prowadzi obok posiadłości sąsiada, Swanna. Z kolei część druga tomu, napisana w trzeciej osobie, dotyczy już samego Swanna i jego namiętnej miłości do sprytnej Odetty de Crecy. Z kolei trzecia część osnuta jest na spotkanej w dzieciństwie przez narratora córki Swanna, Gilberty. Warto zaznaczyć, że stopniowo w kolejnych częściach czytelnik poznaje nowych bohaterów.

Wydaje mi się, że na powieść złożyły się pewnego rodzaju obrazy czy też migawki minionego czasu, okresu bezapelacyjnie utraconego, do którego nie ma powrotu, które w połączeniu tworzą pewnego rodzaju całość. Proust wyraźnie też portretuje przedstawicieli społeczeństwa XIX wieku, a przede wszystkim znakomicie obraca w słowa uczucia, jest wyrazicielem nastrojów i myśli. Przyznaję jednak, że książkę czytałam, jak na moje możliwości, bardzo długo i jakieś pierwsze sto stron były dla mnie trudne do przebrnięcia. Czytałam, więc na raty, potem już było znacznie lepiej, bo wątek Swanna i Odetty bardzo wciąga. Nie wychodzę też z założenia, że należy koniecznie czytać Prousta. Osobiście jedna przeczytana jego książka obecnie wystarcza mi za pozostałe. Jego twórczość trzeba po prostu kochać i być jej wielbicielem. Ja niekoniecznie do tych osób muszę się zaliczać.
 


Marcel Proust, W stronę Swanna, W poszukiwaniu straconego czasu, tom 1,  wydawnictwo MG, wydanie 2013, tłumaczenie: Tadeusz Żeleński (Boy), oprawa twarda, stron 480.

1 listopada 2013

Maja i Jan Łozińscy, Życie codzienne arystokracji.



Życie codzienne arystokracji to kolejna książka autorstwa państwa Łozińskich, która niechybnie przyciągnie uwagę niejednego czytelnika. Sami Autorzy zaznaczają, że książka jest jakby dopełnieniem wydanej w 2010 roku pozycji W ziemiańskim dworze. W tamtym przypadku podstawowym elementem branym pod uwagę w układzie treści były pory roku. Tym razem Autorzy wzięli pod lupę życie wewnętrzne każdej rezydencji, stąd podział treści według rozdziałów skupiających się wokół pokoju dziecinnego, jadalni, sali balowej, salonie, pokojach gościnnych, sypialni i garderobie, stajni i garażu, choć warto zaznaczyć, że jest także rozdział opowiadający o łowieckich rewirach. 

Autorzy zwracają uwagę nie tylko na położenie pokoi w rozkładzie rezydencji i wystrój wnętrz podlegający zmieniającym się modom. W przypadku pokoju dziecinnego prezentują niecierpliwe wypatrywanie przez rodziców narodzin dzieci, w szczególności synów, pokładane w nich oczekiwania i niespełnione nadzieje, wybór imion i rodziców chrzestnych, rodzaje zabaw, organizację dnia, program nauki, pielęgnację i sposoby wychowania. Z dziećmi wiązały się również osoby mamek, bon i guwernantek oraz wybór szkół. Niektóre stosowane sposoby nauki mogą nieco dziwić. Przykładowo u Czapskich w Przyłukach odbywały się językowe spacery z nauczycielami: dwa razy w tygodniu – niemieckie, dwa razy – francuskie, raz – spacer polski[1].  


Na jadalnię przeznaczano zwykle największe pomieszczenie we dworze i w pałacu, a główną rolę odgrywał tu wielki stół. Łozińscy podkreślają, że najważniejszym posiłkiem w ciągu dnia był obiad. Wówczas to przy stole spotykała się rodzina, domownicy i goście. Każda dobrze sytuowana arystokratyczna rodzina starała się wydać w swojej posiadłości, chociaż raz do roku, bal. Organizowano je z okazji imienin, urodzin, świąt, uroczystości rodzinnych, a niektóre miały jedynie znaczenie matrymonialne. W książce czytamy, że w pierwszej połowie XIX wieku zalecano jeden bal rocznie dla piętnastolatki, trzy bale dla dwudziestolatki i sześć dla dwudziestopięciolatki[2]. Prezentowano wówczas ekwipaże, balowe toalety (zwracam od razu uwagę, że znajdziemy opisy zarówno damskich jak i męskich strojów), a same bale toczyły się według uprzednio przygotowanego scenariusza. 


Z kolei salon służył do wypoczynku i to tu przyjmowano anonsowanych gości. W tym pomieszczeniu czytano gazety, stał fortepian, grywano w karty i układano pasjansa, głośno czytano, muzykowano, często panie szydełkowały, haftowały i wyszywały, stało pełno bibelotów, ozdobnych roślin, były eleganckie dywany i tkaniny. Istotną rolę odgrywał również buduar pani domu. Ciekawy jest również rozdział poświęcony pokojom gościnnym, które zapełniały się w czasie świat, karnawałów, wakacji i uroczystości rodzinnych oraz rozdział przedstawiający sypialnie i garderobę pani i pana domu oraz łazienek. W bezpośrednim sąsiedztwie pałacu położone były stajnie i garaże, więc czytelnik przeczyta o hodowlach koni, zamiłowania do jazdy konnej i pierwszych arystokratów decydujących się na zakup automobilu.

Portret hrabiny Aleksandry Potockiej, malował M.M. Daffinger lata 1840-1850 // s. 89.
Łozińscy przedstawiają skandalizujące style życia niektórych członków arystokratycznych rodzin, zawierane małżeństwa i ewentualne ich unieważnienia, kochanki i kochanków, ingerencję rodziny w plany matrymonialne dzieci czy wyprawę panny młodej. Przeczytać można o rodzinach zaangażowanych w akcje charytatywne czy o organizowanych z wielkim rozmachem polowaniach. Dziś może śmieszyć czytelnika ówczesne pruderyjne „uświadomienie” w sferze seksualności panienek z arystokratycznych rodzin.

Hrabiostwo Róża z Lubomirskich i Artur Potoccy, 1877 //s.202
To książka będąca opowieścią o świecie, który już nie istnieje, o życiu polskiej arystokracji w XIX i XX wieku aż do końca lat międzywojennych. To pozycja, w której można odnaleźć liczne fragmenty wspomnień, dzienników i listów, w dodatku bogato ilustrowana (a niektóre fotografie tutaj potrafią zachwycić), niewątpliwie przyciągająca uwagę i zainteresowanie. Czytelnik przeczyta o przedstawicielach między innymi Radziwiłłów, Sapiehów, Sanguszków, Raczyńskich, Czapskich, Potockich, Zamoyskich, Lubomirskich, odwiedzi ich pałace i poczuje ówczesny panujący klimat w tychże siedzibach. Po przeczytaniu tejże książki zainteresowani tematem mogą poszerzyć swoją wiedzę odnajdując książki podane przez Autorów w bibliografii. Jak najbardziej warto przeczytać, zajrzeć, posiadać.


[1] M. i J. Łozińscy, Życie codzienne arystokracji, Warszawa 2013, s. 52. 
[2] Tamże, s. 87.
 

Maja i Jan Łozińscy, Życie codzienne arystokracji, Dom Wydawniczy PWN, październik 2013, oprawa twarda, stron 296.