3 marca 2016

Astrid Lindgren, Dzienniki z lat wojny 1939 -1945.



Dzienniki aż do 2013 roku były przechowywane w plecionym koszu na bieliznę (choć znalazłam informację, że był to koszyk druciany do smażenia frytek, używany do przewożenia zapasów żywności z gospodarstwa rodziców Astrid[1]) w mieszkaniu Astrid Lindgren. Wszystkich zeszytów oprawionych w skórę było siedemnaście i zostały wydane w nieskróconej formie. Nad wszystkim czuwała Karyn Nyman (ur. 1934), córka Astrid Lindgren. Pismo było czytelne, toteż zachowano styl i ortografię zgodną z oryginałem, formy dat i skróty harmonizują ze sobą, a poprawiono interpunkcje i zlikwidowano występujące w tekście literówki. Dokonano identyfikacji również wycinków prasowych odnalezionych w zeszytach. W wydaniu książki został także dodany indeks osób.


Jak to w dziennikach bywa, tak i tu panują zasady chronologiczne: od 1 września 1939 roku do ostatniego wpisu z Nowego 1946 Roku. Może czytelników dziwić tak spokojny tok narracji, kolejnych zapisków, komentarzy do artykułów z gazet, relacji rozmów podczas spotkań na temat wojny, odniesienia do tła politycznego. Nie ma w tych zapiskach bowiem grozy II wojny światowej z pól bitewnych, obozów i cierpień cywilów. Trzeba jednak uzmysłowić sobie, że Szwecja ogłosiła neutralność. Tyle tylko, że dziś wiadomo, że w latach 1939-1944 Szwecja miała zakupić, ponad 34 tony złota od Niemiec, mimo że alianci ostrzegali kraje neutralne, że Bank Rzeszy oferuje do sprzedaży większe ilości złota, niż wynosiły rezerwy Niemiec przed wybuchem wojny. Oznaczało to więc, że większość owego złota pochodziła już z grabieży krajów okupowanych[2]. Proceder ten trwał do połowy 1944 roku. Po zakończeniu wojny Szwecja chciała udowodnić, że działała w dobrej wierze i nic nie wiedziała o pochodzeniu złota, którym Niemcy płaciły za dostawy. W 1940 roku Szwecja swój eksport rudy (10 mln ton) w całości kierowała do Niemiec. Koncern SKF, produkujący łożyska kulkowe, po wybuchu wojny zmniejszył dostawy dla aliantów (sprzedawał tam zaledwie 2,5% swojej produkcji). Zwiększył natomiast dostawy dla Niemiec (z 9% przed wojną do 65% w 1943 roku). Niemiecka firma Vereinigte Kugellagerfabriken AG, będąca własnością szwedzkiego SKF, produkowała 50–60 procent łożysk wykorzystywanych przez niemiecki przemysł wojenny.[3] Szwecja choć neutralna, prowadziła politykę ustępstw (na przykład wydała również zgodę na tranzyt żołnierzy) i była uzależniona od nazistowskich Niemiec.


Wróćmy jednak do dzienników Astrid Lindgren, która w chwili rozpoczęcia prowadzenia zapisków miała 32 lata, dwoje dzieci i mieszkała w Sztokholmie. To właściwie dokumentacja jej życia rodzinnego i tego, w jaki sposób wojna wpłynęła na jego zmianę. Oprócz tego, że Lindgren pisała, to również wklejała do zeszytów artykuły z gazet, jakieś wycinki, rodzinne fotografie. Od początku odnotowuje wydarzenia wojenne, o których donoszą gazety. Pisze o ataku na Polskę, włączaniu się w wojnę poszczególnych państw, bitwach na lądzie, na morzach i w powietrzu, wspomina odezwy wygłaszane przez poszczególnych polityków, ataku na Finlandię przez ZSRR i kolejach tego konfliktu, napadu Niemiec na Danię i Norwegię, losów Żydów, popełnionych zbrodniach. To właściwie główne i podstawowe założenie dzienników. Potem dopiero, po przedstawieniu danych wydarzeń, pisarka pozwala sobie na pokazanie prywatnej strony. Zaznacza zmiany pór roku, nastrój panujący podczas obchodzonych poszczególnych świąt, określa tematy podejmowane podczas rozmów ze znajomymi, kolejne urodziny córki i długotrwałe rozstanie mężem.  Nawet w rodzinnych opowieściach nie ma w tych zapiskach cienia uśmiechu. Wszechobecne są smutek, lęki i troska o bliskich. Brak jest w tych dziennikach również jakiegokolwiek patosu. Z jednej strony Szwedzi prowadzą w miarę normalne (obowiązuje na przykład reglamentacja żywności), spokojne i bezpieczne życie, z drugiej Lindgren pisze w taki sposób, jakby odczuwała z tego powodu wstyd. Pracuje, zarabia pieniądze i w czasie wojny (w 1941 roku podczas choroby córki powstają historyjki o Pippi Pończoszańce) zaczyna również pisać książkę dla dzieci. 


Nie jest to lekka lektura. Raczej suche i monotonne odtworzenie faktów, toteż niejednemu czytelnikowi może wydać się po prostu nudna. Przyznam się, że sama czytałam ją na raty. Warto jednak zaznajomić się z dziennikami, z powodu tej odmiennej, rzadko spotykanej, oryginalnej perspektywy patrzenia na to, co działo się w Europie w latach 1939-1945.



Astrid Lindgren, Dzienniki z lat wojny 1939 -1945, wydawnictwo Nasza Księgarnia, wydanie 2016, tłumaczenie: Anna Węgleńska, okładka twarda, stron 304.
 
 

2 marca 2016

Elaine DePrince, Michaela DePrince, Wytańczyć marzenia.




Michaela DePrice nazywała się niegdyś Mabinty Bangura i mieszkała w Sierra Leone w Afryce. Urodziła się w roku 1995 z chorobą skórną zwaną bielactwem. Wówczas wojna domowa trwała już z górą trzy lata (od 1991 roku). Dla rodziców, którzy pobrali się z miłości była upragnionym, a jak się okazało jedynym dzieckiem. Ojciec pracujący w kopalniach diamentów, wbrew opinii brata Abdullaha, uczył ją czytać  i liczyć. Gdy miała cztery lata, straciła najpierw ojca. Prawem szarijatu to wuj stał się dla niej i matki opiekunem. Przeprowadziły się do jego domu, a gdy matka odmówiła poślubienia go, ten zgotował im życie w strachu i pogardzie. Potem wskutek choroby zmarła matka, a wuj Abdullach oddał dziewczynkę do sierocińca. Tu otrzymała numer 27. Ze względu na swoją chorobę skóry doznała wielu krzywd, nazywana była „dzieckiem diabła”, „dziewczyną lampartem”. Nauczycielka Sara mawiała wówczas do niej, że tylko ignoranci i ludzie zabobonni będą przejmować się twoimi cętkami. Papa Andrew próbuje wysłać was wszystkich do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Tam umieszczą cię u mamy i papy, którzy nie będą zwracali uwagi na twoje cętki. Będzie ich obchodzić tylko Twoja głowa. (s. 49-50) Pewnego dnia dziewczynka znalazła gazetę, a w nim zdjęcie baleriny. Nauczycielka Sara odpowiedziała jej potem na nurtujące pytania. Postanowiła, że pewnego dnia zatańczy jak ta pani na fotografii. 


Pewnego dnia rebelianci zmusili wszystkich do opuszczenia sierocińca. Dyrektor ośrodka nadal poszukiwał nowych rodziców dla dzieci. Dziewczynka była proponowana dwudziestu rodzinom, aż w końcu wraz z Mabinty Suma została zaadoptowana przez białą rodzinę, Elaine i Charlesa DePrince’ów. Od razu zgodnie z życzeniem małej dziewczynki, po przybyciu do Stanów Zjednoczonych, zapisano ją na zajęcia baletowe. Dostały też nowe, pierwsze imiona Mia i Michaela. Potem przez tych samych rodziców została adoptowana Mariel. Wszystkie trzy uczęszczały do szkoły baletowej, ale tylko Michaela robiła najlepsze postępy.

Wytańczyć marzenia to wspomnienia, które zostały spisane przez mamę i córkę w roku 2014, kiedy Michaela miała 15 lat. Balet stał się wielką namiętnością dla dziewczynki, a jej kariera rozwija się bardzo szybko. To rodzicie udzielali jej potrzebnego wsparcia, dostarczali energii do działania i finansowo pomagali w spełnieniu marzeń. Jak sama przyznaje balet jest źródłem jej sukcesu w życiu, mimo że to właśnie w świecie baletu odkryła, czym jest nietolerancja wobec innego koloru skóry. Wiele czasu zajęło jej nauczenie się, jak ignorować zazdrość i nietolerancję.


Michaela wyrosła na dziewczynkę wrażliwą na krzywdy innych. Swoje przyjecie urodzinowe wykorzystała do zebrania zamiast prezentów, puszek dla banku żywności (826 kilogramów puszek z żywnością). Wszystkich trzech dziewczynek nie opuszczały jednak lęki. Przez dłuższy okres czasu bały się małp, fajerwerków, ubrań moro, psów, podniesionych męskich głosów. Wszystkie zaznały wielkiej miłości od rodziców i rodzeństwa. 

Wytańczyć marzenia to słodka i urocza historia opowiedziana językiem prostym i dziecinnym. Jest jednak książką interesującą, wzruszającą i sympatyczną. Pomimo trudnych przeżyć, Michaela DePrice nie pozwala czytelnikowi litować się nad sobą, za to pokazuje, czym jest dla niej szczęście. Nie jestem jednak pewna czy będąc czterolatką mogła zapamiętać tak wiele opisanych w książce szczegółów. Na pewno jest to niemal gotowy scenariusz na film, jeśli potraktować życie Michaeli w kategoriach spełnienia amerykańskiego snu.



Elaine DePrince, Michaela DePrince, Wytańczyć marzenia, Wydawnictwo Kobiece, wydanie 2016, tłumaczenie: Alicja Laskowska, oprawa miękka, stron 272.

1 marca 2016

Luca Dotti, Audrey w domu. Wspomnienia o mojej mamie.





Audrey w domu to rodzaj niezwyklej biografii Audrey Hepburn, za którą odpowiada jej drugi syn Luca Dotti (ur. 1970). To obraz kobiety, który powstał w umyśle dziecka, a potem dorosłego mężczyzny, na przestrzeni lat. To Audrey widziana od strony prywatnej, wobec tego czytelnik nie znajdzie tu opisów jej kariery zawodowej. Tytuły filmów, jakie są wspominane służą raczej pomocą Dottiemu w określeniu danych wydarzeń w przeszłości. Sam Dotti pisze, że: Nie znałem Audrey Hepburn. Jako mały chłopiec, kiedy dziennikarze natarczywie mnie o nią wypytywali, odpowiadałem z rozdrażnieniem: „To pomyłka. Jestem synem Pani Dotti” (s. 10). Nie zdawał sobie sprawy z popularności matki. Jako dziecko był zachwycony, że mógł poznać Mary Poppins (Julie Andrews) czy Jamesa Bonda (Sean Connery). Audrey była dla Dottiego po prostu mamą. 


Dotti podkreśla, że Audrey Hepburn nie uważała siebie za wielką aktorkę czy gwiazdę. Dzień zaczynała wcześnie rano, była obowiązkowa, pracowita, niezbyt śmiała i skromna. Nigdy nie chciała wykorzystywać swojej sławy w celach prywatnych. Jedyny wyjątek zrobiła wówczas, gdy w szpitalu miał znaleźć się dziadek Dotti. Wówczas Luca będąc nastolatkiem prosił mamę, aby wykorzystała nazwisko Hepburn. Po latach dowiedział się od partnera matki, że to wydarzenie zmieniło postawę Audrey. Zrozumiała, że jej nazwisko może wiele znaczyć na arenie politycznej czy w działalności charytatywnej. Zdaniem Dottiego nie zmieniły jej sława, ani sukces. Dotti przyznaje, że mama nie podnosiła głosu, a jedynie okazywała niezadowolenie powodując przy tym, że czuł się paskudnie. Taką skromną, silną i wewnętrznie spokojną pozostała do swojej śmierci w 1993 roku. Miała 63 lata, gdy pokonała ją choroba.


Korzystając z zachowanych postrzępionych notatek matki, Dotti skrzętnie podaje przepisy, z jakich korzystała. Opisuje, kiedy na przykład dane danie było przez nią przygotowywane, z jakiej okazji, kto uczestniczył w spotkaniu. Są to dania opierające się głównie na podstawowych składnikach, ale niektóre z nich można nazwać wykwintnymi. Aktorka gotowała głównie z produktów sezonowych. Współautorką wielu przepisów była jej kucharka Giovanna.

Audrey z mężem na Balu Prousta - 11.12.1971.

Audrey przeżyła koszmar głodu w holenderskiej miejscowości Arnhem. Podczas II wojny światowej straciła dom, ojciec zniknął (jej rodzice się rozwiedli), krewni zostali rozstrzelani lub deportowani, w dodatku nie miała, co jeść z wyjątkiem trawy i gotowanych cebulek tulipanów. Miała 16 lat, niecałe metr pięćdziesiąt i ważyła 40 kilogramów. Po zjedzeniu batoników przywiezionych przez żołnierzy w momencie wyzwolenia, zwymiotowała. Niedożywienie, ostra anemia i pojawienie się chorób: astmy, żółtaczki, obrzęki, miało wpływ na jej zdrowie. Przed narodzinami pierwszego swojego syna, Sean’a, poroniła dwa razy, po narodzinach tegoż, również dwa razy. Porównywała swoje losy do losów Anny Frank, której Pamiętnik został wydany dwa lata po zakończeniu wojny (róznica była jedynie taka, że ona mogła wychodzić, a Anna nie).   Wojna nauczyła ją cieszyć się drobiazgami. Było stać ją na Jaguara, ale wolała pozostawić go jedynie w sferze marzeń. Audrey przez całe życie uwielbiała czekoladę i makaron, który pakowała zazwyczaj do walizek; miała słabość do lodów i kochała wino oraz wyśmienitą szkocką, ale nie miała predyspozycji, aby zostać koneserem tych ostatnich. Uwielbiała kwiaty i przede wszystkim ceniła chwile spędzone z najbliższą rodziną. Dotti wprost stwierdza, że Audrey rzuciła kino, aby zostać matką. 


Luca Dotti wspomina również przyjaciół matki (najwięcej wspomnień związanych jest z Connie), wyjazdy, czas spędzony w ulubionej posiadłości w Szwajcarii La Paisible. Pomija pierwsze małżeństwo matki, ale rozprawia się ze swoim ojcem, psychiatrą Andreą Dotti (1938-2007) i jego niewiernością. Rodzice Luki rozstali się w roku 1982. Długoletnim partnerem Hepburn był Robert Wolders. 

W Audrey w domu nie ma tu właściwie chronologii zdarzeń.  Dottiego nie interesują fakty biograficzne. Pragnie ukazać matkę jedynie od strony prywatnej. Zabieg połączenia przepisów kulinarnych z rodzinnymi wspomnieniami oraz przyjaciół i znajomych, jest interesujący i niewątpliwie wzbudzający ciekawość. To ciepła i pełna uroku opowieść, w której dużą rolę oprócz tekstu odgrywają zachowane rodzinne zdjęcia. Liczne fotografie pokazują Audrey od strony najbardziej prywatnej: chwile spędzone na wakacjach, podczas świąt, swobodnych spotkań z gwiazdami Hollywood oraz z mężem i synem. Książka pokazuje, że ikona filmu, Audrey Hepburn, była zwyczajną kobietą, która potrafiła cieszyć się życiem.
 


Luca Dotti, Audrey w domu. Wspomnienia o mojej mamie, Wydawnictwo Literackie, wydanie 2016, tytuł oryginalny: Audrey at Home: Memories of My Mother's Kitchen, tłumaczenie: Dorota Dziewońska, oprawa twarda, stron 264.